Danielki 2004 – honorowe starcie z legendą

22.12.2009, wtorek
Nigdy wcześniej nie publikowana, nieprzeciętnej długości relacja traktująca o moim największym osiągnięciu sportowym. W maratonie, którego już nie ma, bo był za mało popularny. Niech więc na warczących łamach pozostanie po nim pamięć.
[autor zajawki: sara]


Kilka słów wstępu


Przystępuję do pisania niniejszej relacji z ponad tygodniowym poślizgiem, a sam proces tworzenia może jeszcze bardziej odwlec w czasie premierę mojego tekstu. Mimo tego opóźnienia, podejmuję temat z pełnym przekonaniem, iż wszystko, co godne opisania, doskonale jeszcze pamiętam, ponieważ był to dla mnie szczególny maraton.

Dlaczego akurat Danielki?


Tegoroczne Danielki były bowiem najważniejszym dla mnie wydarzeniem rowerowym (może nawet w ogóle najważniejszym) w tym roku. Pragnąc zachować pełną spójność z moimi dalszymi przemyśleniami nie mogę pominąć wyjaśnienia, dlaczego akurat ten maraton miał dla mnie tak duże znaczenie. Cofnijmy się zatem do początku krótkiej historii moich startów w maratonach. Otóż w roku 2003 w moim mieście, Krakowie, zorganizowano maraton MTB, co mimo faktu, iż odbywał się on dzień po moim ostatnim egzaminie maturalnym, skłoniło mnie do wystartowania w nim. Byłem nieprzygotowany kondycyjnie, ale za to ambitny, więc przejechałem długi dystans… bez żadnej rewelacji oczywiście (8 godzin), ale i bez większych problemów. Zabawa bardzo mi się spodobała, w związku z czym pojechałem jakieś 1,5 miesiąca później na Danielki właśnie. Na moje nieszczęście zupełnie nie nadrobiłem do tego czasu braków kondycyjnych (egzaminy i inne niesprzyjające okoliczności nie pozwoliły mi na powrót do optymalnej formy w ciągu pierwszej połowy lata), na dodatek byłem wtedy zupełnie nie obeznany w temacie i myślałem, że Danielki, to będzie taki trochę może trudniejszy Kraków, no i oczywiście napaliłem się na długi dystans. Brak należnej legendzie pokory i wytrenowania sprawił, że dostałem nieprawdopodobnie w skórę na tym maratonie, wjeżdżając na metę na przedostatniej pozycji, po prawie 10 godzinach walki, w towarzystwie sędziego głównego imprezy, który osobiście wyjechał po mnie rowerem kawałeczek na trasę, ponieważ na mecie czekała moja Babcia i się denerwowała ;) Oprócz srogiej lekcji pokory była to dla mnie pewna porażka, dlatego obiecałem wtedy wyżej wspomnianemu Panu, że przyjadę na ten wyścig za rok z formą i pokażę, iż stać mnie na dużo więcej. Reasumując mój wywód historyczny, udział w Danielkach 2004 miał być dla mnie przede wszystkim honorową rehabilitacją za start w poprzednim roku.

Cena honoru, czyli moje przygotowania do Danielek 2004


Wspomniana wyżej porażka stała się dla mnie impulsem do tego by od razu wziąć się za siebie. Dlatego zaraz po tym wydarzeniu przestałem startować, a zamiast tego zacząłem… po prostu jeździć na rowerze :) I to naprawdę dużo. Nie było „zmiłuj się”, tylko rower, rower i jeszcze raz rower. Dzięki temu wraz z zaawansowaną jesienią przyszedł szczyt formy i to całkiem przyzwoitej. Oczywiście jak na moje warunki – nie próbuję sugerować, że byłem w dyspozycji godnej mistrza świata, bo nigdy nie trenowałem (i raczej nie będę) pod kątem wyczynowym. Wprawdzie od kilku lat rower utrzymuje u mnie status dominującego sportu, ale mam jeszcze inne pasje i nie chcę się poświęcać jednej całkowicie, gdyż po pierwsze wolę urozmaicenie, a po drugie uważam, że zbyt duży stopień specjalizacji i intensywności wykorzystywania tych samych części ciała, ciągle w ten sam sposób powoduje szybsze ich „zużywanie” i prędzej czy później uszczerbek na zdrowiu i sprawności fizycznej. Kończąc tę dygresję i wracając do moich przygotowań, jesień 2003 ze względu na sprzyjające warunki wykorzystałem do granic możliwości, jeżdżąc dość ostro i utrzymując formę, aż do połowy listopada. Było to dobrym punktem wyjścia na następny sezon. Rok 2004 zaczął się z punktu widzenia rowerowego bardzo dobrze, bo już w lutym udało mi się nieco pojeździć (stycznia nie liczę, bo był raczej symboliczny, ot taka zabawa na śniegu). Przyczyniły się do tego wysokie, jak na tę porę roku temperatury i brak śniegu w ferie. Wiosna też układała się całkiem, całkiem. Uczestnictwo w sekcji uczelnianej pomagało utrzymać regularność jeżdżenia, później poprawił mi się nieco rozkład zajęć, dzięki czemu mogłem jeździć jeszcze częściej i kiedy będąc na takiej fali zacząłem chwytać wiatr w żagle… nadeszła sesja:) To był niestety początek głębokiej zapaści treningowej… choć wcale nie nauka była tego przyczyną, bo egzaminy zdałem zadziwiająco szybko i bezproblemowo. Początek moich wakacji stał się długą walką z chorobą, która mnie dopadła (jak niektórzy stwierdzili była to kara nałożona przez jakąś siłę wyższą, za zbyt szybkie pokonanie przeze mnie sesji). Nie umierałem wprawdzie, ale objawy wystarczyły by wyeliminować mnie na dłuższy czas z walki o osiągnięcie dobrej formy. W końcu jednak powróciłem na rowerowe szlaki. Z różnych powodów przez jakiś czas kiepsko było z regularnością jeżdżenia, ale i to stopniowo się poprawiało. Prawdziwy przełom nastąpił jednak 30 lipca 2004, który stał się pierwszym dniem mojego bezpośredniego przygotowania startowego do zaplanowanych na 5 września Danielek. Zdawałem sobie sprawę, że nie ma żartów, bo okazja do rewanżu na którą czekałem od ponad roku (Danielki 2003 odbyły się 27 lipca) zbliżała się coraz bardziej. Byłem bardzo zdeterminowany – na tyle, by nie oglądać się wstecz ubolewając nad tym, ile to moja forma straciła na wyżej opisanych perypetiach, tylko zacisnąć zęby i podobnie, jak w sierpniu 2003 (tylko jeszcze mocniej), zabrać się do pracy w stylu „nie ma zmiłuj się”. Stworzyłem sobie zresztą teorię, iż moja forma nie mogła się aż tak szybko rozpłynąć w powietrzu i tylko uległa „zamrożeniu”. Nawet jeśli brzmi to śmiesznie, to coś w tym musiało być, bo po jakimś czasie takiego „odmrażania”, czyli mniej metaforycznie to ujmując codziennej (no prawie, bo czasami przetrenowanie wymuszało dzień przerwy) ostrej jazdy na rowerku, zacząłem czuć, że naprawdę nie jest ze mną źle:) Stopniowo jednak traciłem możliwość obiektywnej oceny formy, bo stawiając na jak największą ilość solidnego jeżdżenia, nie zostawiałem sobie czasu na pełną regenerację i możliwość dokonania obiektywnej próby. Trzeba było jednak taką przeprowadzić. Idealną okazją był Bike Maraton w Krakowie, który odbył się tydzień przed Danielkami. Poprzedzony 2 dniami odpoczynku sprawdzian (w postaci krótszego dystansu, żeby się niepotrzebnie nie zajechać) wypadł bardzo obiecująco. 70. miejsce Open (na 800 osób) i czas 3:13:28 ze stratą 44 minut do zwycięzcy bardzo mnie podbudowały. W ostatnim tygodniu przygotowań starałem się nie przesadzić z ilością jeżdżenia, a 2 poprzedzające start dni spędziłem, podobnie jak przed BM krakowskim, odpoczywając od jazdy, za to szykując ekwipunek na Danielki i dokonując ostatnich poprawek w sprzęcie (niby niezgodnie ze sztuką, tak w ostatniej chwili, ale akurat nie miałem wyjścia). W ostatni wieczór, po dopięciu wszystkiego na ostatni guzik i dopełnieniu tego kolacją w postaci całego talerza makaronu, położyłem się do spania pełen nadziei, że niedziela będzie „moim” dniem.

Witajcie Spytkowice!


Nareszcie nastał ranek, 5 września 2004. Tuż przed 9 rano, odwieziony przez Rodziców, dotarłem na miejsce zdarzenia. Pierwszą czynnością był rzut oka na odcinek startowy, którym był podjazd wyznaczonymi tyczkami zakosami pod stok w Spytkowicach. W terminologii narciarskiej sklasyfikować by to należało, jako mocno podkręcony slalom gigant… tyle, że pod górę ;) Trudno było wtedy pomyśleć coś innego, niż „początek będzie ostry!”. Toteż tak sobie właśnie pomyślałem ;) Nie czułem się jednak zaskoczony, bo po pierwsze z mapki wiedziałem wcześniej, że mniej więcej tak będzie start wyglądał, a po drugie w tym roku miałem świadomość, w czym biorę udział. Dlatego spokojnie udałem się na spacer do biura zawodów, po chipa i numer startowy. Po drodze oceniałem temperaturę i pozostałe warunki pogodowe, rozmyślając nad ostatecznym doborem ubioru i koloru szkieł w okularach. Było pochmurno, więc szkła wybrałem rozjaśniające (żółte konkretnie), z ubraniem miałem większy dylemat, bo nie było zbyt ciepło, ale w końcu jednak zdecydowałem się jechać w krótkich spodenkach i koszulce z krótkim rękawem oraz nie brać plecaka z kurtką (i tak nie mam bukłaka, więc plecak tylko by zawadzał), a tym bardziej nie zajmować nią całej kieszonki w koszulce, dzięki czemu miałem więcej miejsca na otwarte wcześniej (by nie było z tym kłopotu podczas jazdy) batony. Po powrocie do auta uzbroiłem szybko rowerek w chipa i numer, siebie w zapas jedzenia, we wspomnianej wyżej postaci, kask, rękawiczki i kiedy kończyłem już kompletowanie wyposażenia, okazało się, że tegoroczne Danielki już w tym momencie zaczęły się dla mnie hardcorowo. Zapomniałem bidonu!!! Napełniony wiodącym napojem izotonicznym został w domu:) Tata zaoferował mi swój, bo moi Rodzice też wzięli rowery, by aktywnie spędzić czas mojej walki z dwoma pętlami. Szkopuł w tym, że miał za małą pojemność – 0,5 l zamiast 0,75, jak mój. Wpadłem jednak na inny pomysł. Podjechałem rowerem pod biuro zawodów, bo wcześniej zauważyłem tam stoisko izotonikami, żelami energetycznymi, itp., więc pomyślałem, że bidony reklamowe też będą. Były:) W akceptowalnej cenie 9 PLN (obiektywnie akceptowalnej, bo wtedy zaakceptował bym prawie każdą) nabyłem bidon 0,75 l, wypełniony napojem izotonicznym (wprawdzie nie wiodącym, ale też się dało wypić:)). Sytuacja została opanowana. Mogłem więc przystąpić do ustawienia się na starcie. Udało mi się zająć całkiem niezłą pozycję, kawałek tylko za uprzywilejowaną miejscami z przodu, pierwszą setką rankingu ligi bikeBoardu. Można więc powiedzieć, że na opisanym wyżej zamieszaniu nic nie straciłem.

Ostatnie chwile przed startem


Decydujący moment zbliżał się coraz bardziej. Wraz z nim przyszły naturalne chyba obawy o to, czy mimo tak wielu, jak na moje warunki, godzin treningów i pokonanych w ich trakcie kilometrów, a przede wszystkim mojego zaangażowania w cały proces przygotowań, nie okaże się, że nagle będę miał gorszy dzień i nie zrealizuję swojego celu. Właśnie… czego tak naprawdę od siebie oczekiwałem? Nie chodziło mi nawet o jakieś konkretne miejsce, ale o osobistą świadomość, że pokonałem trasę przede wszystkim pewnie (a nie dotoczyłem się siłą woli, jak rok wcześniej), a do tego zaprezentowałem dobrą jazdę i wreszcie uzyskałem satysfakcjonujący czas. Ten ostatni mogłem ustalić tylko w oparciu o zeszłoroczny wynik, także moim wstępnym założeniem było pokonanie „Dużych Danielek” poniżej 7 godzin. Cóż… cele, celami, ale to rzeczywistość miała za chwilę zacząć weryfikować, czy aby nie mierzyłem za wysoko. Jeszcze tylko chwila koncentracji przed startem i wreszcie rozpoczęło się głośne odliczanie: 10, 9, 8, 7, 6, 5, 4, 3, 2, 1… i 300 osób, które odważyły się na pojedynek z legendarnymi Danielkami poooszło!

Start


Pierwsze metry trasy były elegancko wybrukowane i stanowiłyby idealny odcinek rozbiegowy, gdyby po małym kawałeczku prostej, nie skręcał on o 90 stopni i od razu pod górę. Ścisłej czołówce to wprawdzie nie przeszkodziło, jednak za chwilę zrobił się w tym miejscu taki ścisk, że niektórzy zaczęli się przewracać, lub prowadzić rowery, przez co zostałem nieco przyblokowany i zmuszony do zejścia z roweru. Błyskawicznie więc podbiegłem kawałek, by na trawie stoku znowu wsiąść na moją maszynę, stanąć na pedałach i ciąć w ten sposób pod górę tak długo jak się da i dopóki będzie sens. Już przed startem zakładałem bowiem agresywną postawę na początku, by na pętlę nie wjechało przede mną za dużo słabszych ode mnie ludzi, którzy mogliby mi zawadzać na pozbawionych miejsca do wyprzedzania odcinkach. Oczywiście chciałem też odrobić stracone chwilę wcześniej sekundy. Mimo, iż prawie wszyscy prowadzili rowery, ja uparcie darłem pod górę na rowerze, dzięki czemu bardzo szybko wyprzedzałem sporą liczbę rywali. Pociągnąłem tak kilka zakrętów, dopóki nie uznałem, iż nadeszła granic opłacalności takiego postępowania. Wtedy zsiadłem z roweru i zacząłem „dawać z buta” jak inni. Ogólnie zakładałem, że będę jechał swoje i nie oglądał się za siebie, ale skoro już szedłem, nie mogłem sobie odmówić w tym momencie spojrzenia w dół, aby zobaczyć ile narodu udało mi się na tym odcinku zostawić w tyle. Widok znajdującego się pode mną węża, bogatego w walczących rowerzystów potwierdzał chwilowo skuteczność mojej taktyki, co w połączeniu z dopingiem grupki ludzi stojącej przy trasie i zapewniającej moje najbliższe otoczenie, iż jesteśmy w czołówce, bardzo mnie podbudowało. Żwawym bardzo krokiem kontynuowałem więc zdobywanie pierwszego na trasie wzniesienia. W końcu kąt nachylenia zrobił się na tyle przyjazny, że znów opłacało się wsiąść na rower:) Po chwili kręcenia znalazłem się na szczycie i wjechałem na pierwszą pętlę, na dość dobrej na pewno pozycji, ale trudno oszacować na jakiej, bo pierwsze informacje na temat mojego położenia w stawce wyścigu uzyskałem dużo później. Muszę w tym miejscu podkreślić, że start był bardzo ciężką próbą, jednak uważam takie jego wytyczenie za bardzo dobry pomysł ze strony organizatorów. Wywiązał się z roli wstępnego ustalenia hierarchii sił i na pewno był godny Danielek:)

Pętla pierwsza


Inaugurujący zasadniczą część trasy odcinek grzbietowy pozwolił na chwilkę tak bardzo potrzebnego w tym momencie rozluźnienia. Ale oczywiście bez przesady… tyle tylko, by pociągnąć kilka łyków z bidonu, bo wcześniej walka była zbyt intensywna, aby ją tym zakłócać. Zaraz po uzupełnieniu płynów podkręciłem znacząco tempo, bo w końcu nie przyjechałem tu na wycieczkę:) Grzbiet prowadził w stronę Przełęczy Bory, jednak trasa odbiła nieco wcześniej w dół. Już chwilę przed tym zjazdem miałem wrażenie, że wjechałem na odcinek znany mi z zeszłego roku, a w tym momencie byłem już o tym w pełni przekonany. Wiedziałem więc, że na dole czeka mnie „watersplash”, jak terminologia rajdowa określa przejazd przez wodę, której w tym wypadku dostarczała niewielka rzeczka. Niby był obok mostek, ale nawet przez myśl mi nie przeszło, by z niego korzystać, gdyż straciłbym na tym za dużo czasu. Nie zauważyłem też, by ktoś inny wpadł na taki pomysł. Stopień zmoczenia ubrania był na szczęście niewielki i mimo nie najwyższej temperatury powietrza nie przeszkadzał zupełnie w kontynuowaniu jazdy. Dalej, przez dłuższy czas, trasa wiodła zadziwiająco łatwymi odcinkami – szerokimi, mniej lub bardziej utwardzonymi drogami, pozbawionymi do tego jakichś cięższych do pokonania wzniesień. Mimo, iż był to dość nudny fragment, nie dawałem się uśpić i koncentrowałem się na utrzymywaniu dobrego tempa, co całkiem przyzwoicie mi wychodziło. Wiedziałem jednak, że „dzień dziecka” w postaci lekkiej, łatwej i przyjemnej jazdy, za chwilę się skończy i wytyczona w tym roku pętla pokaże pazury:) Tak oczywiście było. W końcu trasa odbiła z jednej z takich cywilizowanych dróg, w leśny, techniczny zjazd. Zaczęły się prawdziwe Danielki. Podłoże było śliskie, więc wymagało sporej koncentracji, zwłaszcza, że w tej fazie maratonu walka toczyła się w dość licznych grupach i trzeba było uważać na poczynania innych. Stopniowo pojawiało się coraz więcej błota (ogólnie było go dużo więcej niż rok temu, ale w porównaniu do legend z wcześniejszych lat i tak był luzik), a kulminacyjnym pod tym względem punktem był oczywiście kultowy Psi Potok, którego na tegorocznych Danielkach nie mogło zabraknąć. Odcinki o największej głębokości błota w wyżej wspomnianym miejscu praktycznie wszyscy (ja również) obchodzili, lub częściowo objeżdżali wydeptanymi obok ścieżkami. Nieliczni, którzy próbowali tam nadrobić jadąc środkiem drogi raczej na tym tracili, bo czasem po prostu nie dało się przejechać – grzęźnięcie w błocie lub utrata kontroli nad rowerem powodowały, że w końcu postanawiali dołączyć do reszty, która takie miejsca omijała opisanym wcześniej sposobem. Ja tam niestety również troszeczkę straciłem, z powodu gleby, którą zaliczyłem zmuszony do hamowania na błotku. Zupełnie niegroźna była i pozbierałem się natychmiast, jednak równie błyskawicznie dostrzegłem przykrą konsekwencję tego zdarzenia. Otóż lądując w błocie musiałem się oprzeć najpierw rękami, więc kiedy wsiadłem na rower miałem pobrudzone tym ustrojstwem rękawiczki i kierownicę. Za nic nie mogłem przez to obrócić moich gripów, więc chwilowo byłem skazany na jedno przełożenie. Na szczęście za kawałek był pierwszy punkt kontrolny oraz bufet i tam ktoś z obsługi polał mi wodą kierownicę i rękawiczki, dzięki czemu po chwili wszystko zaczęło znowu działać:) Tak naprawdę, byłem do tego stopnia zaaferowany walką, że nie skojarzyłem, że tam bufet był więc wykorzystałem go tylko jako szybką myjnię i wyprułem pod górę, rozpoczynając serię podjazdów prowadzących do źródeł nazwy tego maratonu, czyli do Danielek. Najpierw kawałek z buta, potem już praktycznie cały czas na rowerze. I to w całkiem niezłym tempie, nieco spowolnionym na ostatnim przed wyżej wymienioną miejscowością podjeździe, przez to, że czasami trzeba było pojechać chwilę za kimś słabszym, zanim udało się znaleźć miejsce umożliwiające wyprzedzenie. Osiągnięcie szczytu oznaczało trzecią w moim życiu wizytę w Danielkach (dwie poprzednie miały miejsce na zeszłorocznym maratonie), uroczym przysiółku, zaszytej wysoko w górach, nielicznym tylko znanej perełce Podhala. Z roweru niewiele tam można zobaczyć, zwłaszcza w trakcie sportowych zmagań, dlatego warto zajrzeć na stronę: http://www.nowotarski.pl/powiat.php?pokaz=skarby&perelka=danielki, gdzie z rozsądnej długości notatki można się dowiedzieć kilku ciekawych rzeczy na temat tego miejsca. Wróćmy jednak do mojej walki. Od Danielek właśnie zacząłem obserwować spadek liczebności osób w zasięgu mojego wzroku… nie doganiałem już większych i zwartych grup, tylko raczej pojedynczych rywali. Takie „rozluźnienie” na trasie bardzo mi odpowiadało, bo pozwalało mi jechać równym i optymalnym dla mnie tempem, nie przerywanym już tak często koniecznością minięcia kogoś. Pierwsze kontrolne spojrzenia na zegarek i na licznik kilometrów potwierdzały subiektywne odczucia, że czułem się dobrze i trzymałem wysokie tempo. Mimo to dbałem o regularne odżywianie, korzystając na łatwiejszych technicznie odcinkach z pokładowego zapasu batonów, popijając je płynem z mojego nowego bidonu. Przy tak dużym wysiłku i dystansie, który jeszcze tego dnia miałem pokonać, nie można było sobie pozwolić na czekanie, aż przyjdzie uczucie głodu, czy pragnienia, bo wtedy droga do ogromnego osłabienia jest krótka i może być już za późno na odwrócenie takiego stanu rzeczy. W tamtym momencie musiałem się szczególnie pilnować, by przestrzegać tych kolarskich zaleceń, gdyż w zasadzie zbojkotowałem pierwszy bufet. Kolejną moją obserwacją było dość wyraźne tracenie przeze mnie na zjazdach. Być może po glebie koło Psiego Potoku jechałem z większym respektem, w każdym razie prędkość uznawana przeze mnie za granicę bezpieczeństwa okazywała się często niższa niż u innych. Nie przejmowałem się tym jednak zbytnio, bo wiedziałem, że spora część tych ludzi próbuje po prostu nadrobić braki kondycyjne, ryzykując bardziej w dół, często na odcinkach śliskich, naszpikowanych nieregularnymi, bo wydrążonymi przez wodę, koleinami, bądź innymi utrudnieniami, takimi jak korzenie, czy kamienie. Ja czułem się ciągle dość mocny i zamiast ich naśladować, odrabiałem konsekwentnie takie straty na podjazdach. Spowodowało to, że z kilkoma osobami „bujałem” się przez jakiś czas, na zasadzie: on mnie bierze w dół, a ja jego pod górę. W ostatecznym rozrachunku, wychodziło na moje, bo podjazdów było na tyle, że wszyscy tacy „ściganci” prędzej, czy później przepadali na nich tak, że nie byli już w stanie tego odrobić na zjazdach. Pierwsze informacje o moim położeniu w stawce wyścigu plasowały mnie w okolicach 60 pozycji (było to oczywiście razem z jadącymi krótki dystans). Nowinę taką otrzymałem od kibiców trochę za połową pętli. Mniej więcej w tych okolicach nastąpił moment, w którym postanowiłem, że napiszę relację z tegorocznych Danielek. Wbrew pozorom podstawą tej decyzji nie było to, że czułem wielką, jak na mnie formę i coraz bardziej realną szansę na udany rewanż za rok 2003, choć oczywiście i to miało spore znaczenie. Chodziło jednak o coś innego. Zebrało mi się wtedy w głowie kilka istotnych refleksji na temat tego maratonu, będących rezultatem moich spostrzeżeń poczynionych na trasie w tym i poprzednim roku, a także tego, iż miałem porównanie tej imprezy z inną, dzięki moim dwóm startom w maratonach w Krakowie. Pierwszą godną poruszenia kwestią są uroki okolicy. Wprawdzie koncentrując się na jeździe nie miałem czasu podziwiać panoram, ale moje najbliższe otoczenie sugerowało, że warto by się tam kiedyś przejechać na wycieczkę. Następna, jeszcze ważniejsza sprawa, to odczuwany tam klimat, na który składa się kilka czynników. Same legendy, jakimi owiane są Danielki zaczynają już budować nastrój, wzmacniając wszystko, czego każdy uczestnik doświadcza samemu. A doświadcza prawdziwej jazdy MTB, nie 100km podmiejskiej wycieczki, tylko uznawanego za najtrudniejszy w Polsce górskiego wyścigu, w otoczeniu nieskażonej jeszcze zbytnio cywilizacją przyrody, na trasie równie pięknej, co bezwzględnej dla tych, którzy w swej nieświadomości lub zuchwałości przyjadą tu nieprzygotowani kondycyjnie, myśląc, że jest to maraton, jak każdy inny. Jego niezwykłość można dostrzec także podczas przejazdów, przez znajdujące się na trasie wioski, za sprawą wieńczących wspomniany wcześniej klimat… miejscowych kibiców. Im szczególnie chciałem w tej relacji poświęcić trochę uwagi. Już w zeszłym roku uderzyła mnie niesamowita różnica pomiędzy Krakowem, a Danielkami w podejściu miejscowych do tego typu imprezy. Wielu ludzi w okolicach Krakowa zdaje się nie widzieć w czymś takim nic niezwykłego, niektórzy przyjdą popatrzeć, czasem ktoś krzyknie od niechcenia „dawaj, dawaj!” i poza nielicznymi wyjątkami nieco bardziej zaangażowanych osób, nie można się niczego więcej spodziewać. Na Danielkach od razu widać, że przybycie kilkuset rowerzystów na rozgrywany w ich okolicach maraton, jest dla miejscowych wydarzeniem niezwykłym, zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że stanowi swojego rodzaju święto. Świadczy o tym, między innymi, aktywne zaangażowanie w imprezę, które szczególnie wyraźne było w roku 2003, kiedy walka toczyła się w ogromnym upale. Byłem mocno zszokowany, kiedy w każdej niemal wiosce na trasie, widziałem grupki dzieci, które z niesamowitym zapałem uwijały się dostarczając mniej lub bardziej zdychającym na podjazdach zawodnikom wodę w kubeczkach – do wypicia, lub oblania się w celu schłodzenia (można było nawet zostać oblanym na życzenie), a następnie zbierających wyrzucane przez rowerzystów, kilkanaście metrów dalej, pojemniki. W wielu przypadkach, taka nieformalna obsługa zawodów działała na zasadzie współpracy rodzinnej, co czyniło te gesty jeszcze bardziej sympatycznymi. Bezinteresowna pomoc, była jednak tylko dodatkiem do tego co uderzyło mnie najbardziej. Chodzi o podejście, szczególnie dzieci, do biorących udział w maratonie zawodników. Nie traktowały ich jak intruzów, którzy zakłócają im niedzielny odpoczynek, zabawę, czy blokują ruch na drogach. Zamiast tego dopingowały wszystkich i to z dużym zapałem, takim, że kiedy słyszałem coś w stylu „dawaj, dawaj!”, wcale nie miałem ochoty odpyskować „sam sobie dawaj!” (w Krakowie parę razy musiałem ugryźć się w język), tylko starałem się odpowiedzieć coś miłego, a jak już nie miałem siły, to przynajmniej pomachać. Nawet, jak dzieciom się już trochę znudziło i nie każdemu coś krzyknęły, to i tak po ich twarzach od razu było widać, że naprawdę podziwiają i przede wszystkim doceniają wysiłek zawodników. Właśnie ta szczerość dopingu była najpiękniejsza… aż chciało się jechać! Toteż jechałem dalej, dając z siebie, ile mogłem. A mogłem tego dnia całkiem sporo ;) Trzymałem stabilne tempo, delikatnie oscylując wokół wspomnianej wcześniej pozycji i podbudowany ogólną atmosferą skutecznie pokonywałem kolejne trudności trasy. W pewnym momencie dotarłem do kolejnego, znanego mi odcinka. Wcześniej było takich sporo, ale ten był szczególnie godny uwagi. Po kawałku technicznego zjazdu miałem przed sobą długi, szutrowy odcinek, również prowadzący w dół. Jego pokonywanie było okazją do psychicznego przygotowania się na to, co czekało mnie na jego końcu. Pamiętałem bowiem dokładnie, z poprzedniego roku, kilka kilometrów podjazdu po bruku… bruku, którego sięgnęły moje ideały i wyobrażenia, że trasę Danielek pokonam równie bezproblemowo, jak wcześniej w Krakowie. Granitowa kostka brukowa jest bowiem wyjątkowo niewdzięczną nawierzchnią do podjeżdżania. Niby jest twarda, ale za to bardzo pofałdowana i znalezienie na niej równego rytmu jest praktycznie niemożliwe. Na pierwszej pętli w roku 2003, kiedy nie miałem zupełnie formy, przeżyłem tu wielki dramat. Podjazd ten po prostu nie miał dla mnie końca. Mieląc momentami na najlżejszym przełożeniu, choć nie był zbyt stromy, dopiero po półgodzinnej walce (mam na myśli rzeczywiste pół godziny, a nie potocznie używaną przenośnię), okropnie wycięty, dotarłem na szczyt, gdzie znajdował się wtedy bufet. W tym roku jednak miałem poczucie ogromnej przepaści, jaka dzieliła obecną formę od jej modelu „27 lipiec 2003”. Liczyłem więc na to, iż poradzę sobie znacząco lepiej. W atmosferze takich przemyśleń dotarłem do końca zjazdu, położonego kawałek przed Rabą Wyżną i będącego najdalej wysuniętym na wschód punktem tegorocznej trasy. Czekały na mnie dwie niespodzianki. Po pierwsze zlokalizowano tu, oprócz punktu kontrolnego (który był i rok temu, choć współczynnik zautomatyzowania i przepustowości miał nieco niższy) także bufet, zamiast umieszczać go na szczycie, jak w zeszłym roku. Był to dobry pomysł. Błyskawicznie się posiliłem, a w tym czasie ktoś z obsługi zatankował do pełna mój bidon napojem izotonicznym – tym razem wiodącym:) I tak wyglądał każdy następny bufet, co było dla mnie dużym, pozytywnym zaskoczeniem, po przejechanym tydzień wcześniej krótkim dystansie w Krakowie, gdzie napój sponsora wydawano na trasie w symbolicznych ilościach, a dla ludzi z końca stawki podobno wody już nawet brakło. Nie było tam też w ogóle batonów energetycznych. Kolosalna różnica frekwencji (1000+ Kraków, 300 Danielki) nie zmienia faktu, iż bufety na Danielkach bardziej sprzyjały osiągnięciu dobrego wyniku. Zostawmy w spokoju rozważania organizacyjne i przejdźmy do drugiej niespodzianki, która mnie spotkała. Pokrzepiony i gotowy do podjeżdżania po bruku przystąpiłem do tej czynności, ale w tym momencie okazało się, że… zamiast tej wrednej nawierzchni wije się delikatnie pod górę nowiutki i gładziutki asfalt. Mocno tym widokiem rozczarowany, gdyż zabiło to dotychczasowy klimat i wizerunek tego podjazdu, wrzuciłem mocniejsze przełożenie, aby zoptymalizować tempo jazdy do zmienionych od zeszłego roku warunków. Na szczęście okazało się, że podjazd został wyasfaltowany do niecałej połowy, dlatego miałem okazję spróbować swoich obecnych sił na dość konkretnym kawałku bruku. Na tyle konkretnym, by ktoś kto go nie znał, a jechał koło mnie, zapytał w pewnym momencie, czy to się w ogóle kiedyś kończy:) Nie zmierzyłem sobie tam czasu, ale z pewnością był bez porównania lepszy niż rok temu i co jeszcze ważniejsze miałem po nim siłę, by od razu kontynuować jazdę w nie słabszym niż wcześniej tempie. Sprzyjał temu charakter końcowego odcinka pętli, albowiem był to grzbiet z nielicznymi i krótkimi podjazdami. Dlatego szybciej niż się spodziewałem, ujrzałem górną stację wyciągu w Spytkowicach. Widziałem, jak ktoś przede mną odbija w prawo do mety, jednak ani myślałem go naśladować, bo tego dnia interesował mnie tylko długi dystans. O godzinie 12:56 zakwalifikowałem się na drugą pętlę i niesiony dopingiem grupki zebranych przy rozjeździe (pętla nr 2 <-> meta) kibiców, stojąc na pedałach, pognałem dalej grzbietem.
Czas na szybkie podsumowanie pierwszego okrążenia. Było dobrze:) Mimo gleby i zbojkotowania pierwszego bufetu, nie poniosłem strat sprzętowych, ani nie opadłem z sił, do czego na pewno przyczyniły się konsumowane na bieżąco batony. Rozjaśniające szkła w okularach przy pochmurnej pogodzie sprawdziły się znakomicie, ujawniając wszelkie szczegóły rzeźby terenu, nawet na zacienionych leśnych odcinkach. Letni ubiór, choć temperatura do końca letnia nie była, także okazał się trafnym rozwiązaniem, gdyż przy ciągłym i tak intensywnym wysiłku zapewniał utrzymanie optymalnej temperatury ciała. Uzyskałem całkiem dobry czas okrążenia (2 h 56 min) i pewnie zakwalifikowałem się na wjazd na drugą pętlę, gdzie limit czasu wynosił 4 godziny. Dla porównania w 2003 roku było to 5 godzin, a i tak ledwo się wtedy załapałem (z 20-minutowym zapasem). Byłem więc bardzo usatysfakcjonowany, a do tego dobrze się czułem i przystępowałem do drugiej pętli z dużym zapałem, bo wiedziałem, że mam o co walczyć.

Pętla druga


Podbudowany udaną dla mnie pierwszą pętlą kontynuowałem ostrą walkę od początku drugiej. Już na grzbiecie kogoś wyprzedziłem, potem zaliczyłem zjazd, „watersplasha”, wjechałem na odcinek asfaltowy, „wziąłem” kolejnego gościa i odbiłem w lewo na utwardzaną betonowymi płytami drogę prowadzącą do jakiejś małej wioski, blisko Podwilka. Opisałem ten odcinek bardziej szczegółowo niż w przypadku pierwszej pętli, gdyż właśnie tutaj, od jakiegoś chłopca otrzymałem informację o mojej pozycji, tym razem dotyczyła ona już tylko zawodników rywalizujących na dystansie 100km, bo ci od „pięćdziesiątki” zjechali do mety po pierwszym okrążeniu. Ponieważ jego słowa zapadły mi w pamięć, posłużę się dokładnym cytatem: „Jesteś 23. ze wszystkich zawodników!”. Jak się później okazało, nie mogłem być wtedy na aż tak dobrej pozycji, ale nie mam żalu do mojego informatora. Po pierwsze wybaczyłem mu ze względów, o których pisałem w wywodzie o podejściu miejscowych do tej imprezy, a po drugie morale mi od tego wzrosło nieprawdopodobnie, co na pewno pozytywnie wpłynęło na przebieg dalszej rywalizacji. Poczułem wtedy, że walczę już nie tylko o to, by pokazać się z lepszej niż rok temu strony, ale także o godny uwagi wynik. Moja motywacja stała się więc jeszcze silniejsza, co pozwoliło mi przetrzymać, krótki i na szczęście delikatny kryzys, który złapał mnie kawałek dalej. Posiliłem się „w locie” i wszystko zaraz wróciło do normy. Minąłem na opisanych przy okazji pierwszej pętli łatwych odcinkach dwóch pechowców, zmieniających dętki z ogromną nadzieją, że mnie to dziś nie spotka. Na znajdujące się dalej techniczne zjazdy wjechałem bez żadnego towarzystwa. Moją samotność zmącił w okolicach Psiego Potoku wyprzedzający mnie kawałek przed miejscem mojej gleby z pętli pierwszej zawodnik, któremu chciałem nawet krzyknąć, żeby uważał… ale nie zdążyłem. Wygrzmocił bowiem wcześniej niż ja wtedy, a do tego chyba trochę mocniej. Upewniwszy się, że bardzo nie ucierpiał i widząc, że już się zbiera pojechałem dalej. Za chwilę gość wyprzedził mnie znowu, ale na bufet wjechaliśmy i tak razem. Wtedy byłem już świadomy iż jest to bufet, a nie miejsce gdzie akurat ktoś stał z wodą i wykorzystałem to miejsce zgodnie z przeznaczeniem:) Posileni i zaopatrzeni w zatankowane przez obsługę do pełna bidony zaczęliśmy razem z kolegą z Psiego Potoku pchać rowery pod górę. Ja pierwszy dosiadłem z powrotem mojej maszyny i stojąc na pedałach, w blasku popołudniowego słońca, które pokazywało się coraz częściej, zacząłem szturmować prowadzące do Danielek wzniesienie. W odpowiedzi na to usłyszałem stwierdzenie, że mam strasznie dużo siły… skromnie odparłem, że na razie jest dobrze, ale zobaczymy co będzie potem, choć tak naprawdę czułem wtedy, że raczej nie ma powodu, aby gdzieś nagle „odcięło mi paliwo”:) Do Danielek wjechałem więc samotnie i dopiero spory kawałek dalej doścignąłem, a po jakimś czasie wyprzedziłem dobrze sobie poczynającego dziadka. Właśnie… tutaj przy okazji podzielę się poczynioną obserwacją, że prawie wszyscy zawodnicy, których widziałem, szczególnie na drugiej pętli byli wyraźnie ode mnie starsi (ale oczywiście bez przesady, dziadkiem mogę określić tylko tego jednego o którym teraz pisałem). Ponieważ wiem, że wiek korzystnie wpływa na stanowiącą podstawę tego sportu wytrzymałość, wyprzedzając kogoś, tym bardziej czułem, że jako 20-latek „zadzieram” z nie byle kim. Potem zmagałem się z trasą przez jakiś czas raczej samotnie, ale dzięki temu mniej się stresowałem, bo ani mi nikt nie zawadzał z przodu, ani nie siedział na kole. Pod koniec pewnego 4-kilometrowego asfaltowego podjazdu musiałem jednak uznać wyższość zawodnika, który mnie dogonił, bo stwierdziłem, że nie ma co go atakować za wszelką cenę, zwłaszcza, że jego jazda wyglądała na dość pewną, a nie chwilowe depnięcie dla ściemy, żebym mu odpuścił. Strata pozycji zbilansowała mi się trochę później w terenie, kiedy wyprzedziłem kogoś innego. Szutrowy zjazd do bufetu jechałem już bardziej wyluzowany (psychicznie, bo fizycznie starałem się nie odpuszczać ani na chwilę) niż podczas poprzedniego okrążenia, ponieważ wiedziałem już, że w tym roku jestem dobrze przygotowany na czekający mnie niedługo brukowy podjazd. Najpierw jednak miał być punkt kontrolny i zaraz bufet. W tym miejscu ogarnęło mnie lekkie zaniepokojenie, bo nie było punktu kontrolnego! Bufet na szczęście był i okazało się na nim, że po prostu prąd się skończył w przenośnej instalacji checkpointu i zwinęli cały, bezużyteczny w związku z tym, osprzęt ;) W trakcie rutynowego posiłku i tankowania dowiedziałem się, że przejechało już około 30 zawodników, co trochę z jednej strony mnie sprowadziło na ziemię, bo z wyliczeń których podstawą była informacja o 23 miejscu na początku drugiej pętli wynikało, że powinienem być w okolicach 18. pozycji, ale z drugiej strony miałem świadomość, że początek pierwszej „czterdziestki” i tak byłby wielkim osiągnięciem, zwłaszcza, że spoglądając na zegarek widziałem szansę na uzyskanie końcowego czasu bliskiego 6 godzinom, a nie 7, które były wstępnym założeniem przed rozpoczęciem rywalizacji. Na bufet przyplątał się ciekawy przypadek zawodnika, który dojechał tam z poza pętli i pytał o drogę. Gość kawałek przed bufetem pojechał nie tam gdzie trzeba i błądził dłuższą chwilę, zanim owy punkt znalazł. Szczerze mówiąc nie rozumiem, jak można tam było pomylić drogę jadąc drugą pętlę i znając trasę… no chyba że na pierwszej też pojechał gdzieś naokoło:) Nie wnikałem w to oczywiście za bardzo, tylko ruszyłem, by zmierzyć się z ostatnim poważnym podjazdem na trasie. Ktoś, kogo wcześniej na trasie wyprzedzałem, minimalnie mnie w tej czynności uprzedził, ale nie uszło mu to płazem, gdyż szybko doprowadziłem, że wrócił tam gdzie jego miejsce, czyli za-, a nie przede mną:) Za chwilę jednak to ja zostałem wyprzedzony, przez tego uzdolnionego wybitnie nawigatora, który szukając bufetu najwyraźniej nieco wypoczął, bo wypruł tak, że musiałem mu odpuścić. Asfaltowy odcinek przejechałem szybciutko, natomiast na bruku musiałem już jechać trochę wolniej niż na poprzednim kółku, bo cudów w końcu nie ma i tyle samo siły, co wtedy nie mogłem już mieć. Nie znaczy to oczywiście, że tam zdychałem jak rok temu. Po prostu na tyle równo, na ile się po tej nawierzchni dało jechałem swoje i tak trzymałem do końca podjazdu, mimo, że w 2/3 dogonił i wyprzedził mnie dziadek, o którym pisałem wcześniej. Potwierdzając teorię o tym, że wiek sprzyja wytrzymałości, odjechał mi jakieś 150m, ale byłem pewien, że to mu nie wystarczy, żeby wygrać ze mną pojedynek na prowadzącym w stronę mety odcinku grzbietowym, bo tu akurat fakt, że jestem młodszy obsadzał mnie w roli faworyta, który powinien więcej „wycisnąć” z takiego szybkiego, terenowego fragmentu trasy. Nadal jestem przekonany, że tak by się stało, choć rzeczywistość tego nie zweryfikowała. Na szczycie podjazdu, ów starszy Pan zatrzymał się bowiem, a następnie wyciągnął telefon komórkowy i najwyraźniej sam gdzieś dzwonił, bo zanim go do ucha przyłożył stukał w klawiaturę. Było to dla mnie podwójnie niezrozumiałe, bo osobiście zapowiedziałem Rodzicom, że nie odbieram telefonów na trasie (chyba, że mi się coś nie powiedzie i nie będę już walczył o sensowny wynik), a zatrzymania się , aby zadzwonić w takim momencie, to już w ogóle ze swojej strony sobie nie wyobrażam! Samotnie prułem więc grzbietem w kierunku mety, zachowując rozsądek i koncentrację, tam gdzie było w dół, aby bezpiecznie dowieźć do końca, to co już wywalczyłem, a nie ryzykować groźnego upadku przy dużej prędkości dla zyskania kilku sekund, które i tak nie miały już znaczenia, zwłaszcza, że nie byłem naciskany z tyłu. Jazda była wtedy piękna… czułem już bowiem „zapach” mety, a do tego słońce na stałe zagościło już na przetartym z chmur niebie dając piękne oświetlenie, podkreślające uroki najbliższego krajobrazu. Nie traciłem jednak czasu na jego kontemplowanie, tylko z każdą chwilą coraz mocniej podkręcałem tempo, nie oglądając się, czy ktoś mnie goni, a kiedy po raz kolejny wyłoniła się kilkaset metrów przede mną górna stacja wyciągu w Spytkowicach i wiedziałem, że moja walka zaraz się zakończy, cisnąłem „ile tylko fabryka dawała”:) Po chwili byłem już na rozjeździe, który wtedy był już tylko zjazdem do mety. Jeszcze tylko kilkanaście metrów lekko pod górę po trawce i zacząłem zjeżdżać stokiem, który rano szturmowałem pod górę. Także teraz trzeba było jechać zakosami, choć odniosłem wrażenie, że już nie tak szerokimi, jak wtedy. Nie przesadzałem z hamowaniem, więc po niedługiej chwili, zza załamania terenu wyłonił się oznaczający koniec trasy balon, a za moment słuchając zaleceń stojących tam ludzi i zwalniając nieco, wjechałem na upragnioną metę. Szybkie spojrzenie na zegarek i z zaciśniętą w geście osobistego triumfu pięścią jednej ręki, naciskając klamkę drugą, wyhamowałem całkowicie. Była godzina 16:02 z jakimiś sekundami, co oznaczało, że pokonałem trasę z czasem niewiele przekraczającym 6 godzin.
Zanim pochwalę się oficjalnym wynikiem, podsumuję szybko drugą pętlę. Tu także było dobrze:) Utrzymałem, co mnie bardzo cieszy równe i wysokie tempo, jadąc to okrążenie tylko 7 minut dłużej od pierwszego. Bardzo mi się podobał dojazd do mety w dół (ta uwaga dotyczy tego i poprzedniego roku), ponieważ była to chwila rozluźnienia, dzięki której nie finiszowałem podpierając się językiem, jak w Krakowie na Błoniach, tylko mogłem już nieco dojść do siebie. Poza tym jestem pełen podziwu dla mojego sprzętu, który przetrwał 6 godzin takiego katowania… bo kiedy momentami patrzyłem na mój marzący o choćby kropelce Finishline’a łańcuch, którego przemielone błoto pozbawiło ostatnich resztek nałożonego nań dzień wcześniej smaru, oraz ledwo wyrabiające kółeczka w tylnej przerzutce, to naprawdę miałem wątpliwości, czy to wszystko wytrzyma. Ale wytrzymało i pozwoliło mi w pełni wykorzystać życiową dyspozycję:)

Meta


Ogromnie zmęczony i ubrudzony zaschniętym już błotem, ale i zadowolony ze swojej postawy w zakończonej przed chwilą rywalizacji udałem się ze swoim jeszcze bardziej ubłoconym rowerem w stronę stanowiska komputerowego koło linii mety, aby spróbować dowiedzieć się od razu, które miejsce ostatecznie zająłem. Niestety, ludzi przy komputerach wywiało. Podszedłem więc kawałek dalej, do stoiska bikeBoarda, gdzie powiedzieli mi, że w tej kwestii nie pomogą, ale za to mogą mi rower zważyć:) Ponieważ nigdy wcześniej nie miałem takiej okazji, postanowiłem się przekonać, jak ciężki jest mój sprzęt. Bez bidonu, za to z torebką podsiodełkową (zawierającą 2 dętki, łatki, imbusy i Finishline’a) i „toną” błota ważył 14,2 kg. Na trasie przychodziło mi zatem taszczyć momentami prawie 15 kg (po zatankowaniu do pełna bidonu)! Z pewnością niemała jest to wartość, ale za to pancerność mojego roweru jest więcej niż satysfakcjonująca:) Na oficjalny wynik moich poczynań przyszło mi więc jeszcze trochę poczekać, aż go wywieszą w biurze zawodów. W tym czasie posłałem Rodzicom radosną nowinę, że już jestem na mecie. Okazało się, że byli jeszcze na Słowacji w źródłach, bo nie spodziewali się, że tak szybko dojadę:) Wreszcie wywieszono drugą kartkę z wynikami dla dystansu 100 km - na poprzedniej mnie nie było, bo obejmowała tylko pierwszych 25 zawodników. Szybko się na niej znalazłem, albowiem byłem… 28. w klasyfikacji generalnej i 13. w kategorii M2, uzyskując czas 6h:03min:00s :) i tracąc do zwycięzcy 1h:18min:07s (tak swoją drogą, to trzeba mieć niezłego farta, by przy tak precyzyjnym i wykluczającym jakiekolwiek zaokrąglenia, elektronicznym pomiarze czasu trafić w okrągłą końcówkę 00s). Byłem po prostu wniebowzięty i chyba pierwszy raz w życiu tak ogromnie z siebie zadowolony. Czułem, że jak na swoje możliwości dokonałem czegoś nieprawdopodobnego. Każda kropla potu, przelanego podczas przygotowań do tej imprezy, wszystkie zabiegi czynione po to, by trafić z formą dokładnie na ten dzień były tego warte, bo osiągnąłem o wiele więcej niż oczekiwałem. Wyszedł mi piękny rewanż i honorowa rehabilitacja za mój start w roku 2003. Próbowałem namierzyć na miejscu, wspomnianego na początku relacji, sędziego głównego z Jabłonki, by mu się osobiście pokazać i pochwalić wynikiem, aby wiedział, że dotrzymałem danego mu rok temu słowa, że przyjadę i pokażę się z lepszej strony. Niestety nie udało mi się, ale pracuję nad tym by jakoś do niego dotrzeć mailowo lub telefonicznie, więc może kiedyś się przekona, że miał do czynienia z poważnym człowiekiem. Wysłałem też kilka SMSów, by się pochwalić znajomym, po czym zaczęły stopniowo napływać do mnie gratulacje ze świata… i tak było aż do późnego wieczora:)

Podsumowanie obiektywne


Legendarne Danielki także w rzeczywistości są prawdziwym wyzwaniem, nawet jeśli nie ma takich ilości błota, o jakich można usłyszeć w opowieściach z dawnych lat. Trasa, jak na tą imprezę przystało, była trudna i wymagająca, z pewnością bezwzględnie rozprawiła się z tymi, którzy przyjechali tu nieprzygotowani na tak ciężką próbę wytrzymałościową. Parametry długiego dystansu mówią same za siebie: 100km (no prawie, bo okazało się to delikatnym zaokrągleniem ze strony organizatora) przy sumie przewyższeń wynoszącej 3000m (2x1500), to na prawdę nie przelewki. Godna podkreślenia jest także organizacja, do której trudno mieć zastrzeżenia, albowiem trasa była dobrze oznakowana, obsługa świetna, a bufety odpowiednio zaopatrzone i umieszczone w optymalnych miejscach. Krótko mówiąc Danielki, to wspaniale zorganizowana impreza z niesamowitym charakterem. Wymaga solidnych przygotowań, ale za to potrafi je nagrodzić pozostawieniem niezatartych wrażeń i wielkiej satysfakcji.

Podsumowanie subiektywne


Wielu uzna to pewnie za przesadę, ale ponieważ jest to moje subiektywne podsumowanie maratonu, otwarcie przyznam, że pokochałem Danielki! Nie tylko dlatego, że stały się miejscem mojego życiowego osiągnięcia rowowego – już rok wcześniej, mimo, że dały mi bardzo popalić, byłem pod głębokim wrażeniem samej imprezy. Cóż więc mnie tak rozczuliło:) Urzekło mnie wiele rzeczy, takich jak charakter, legendarna otoczka, która znajduje swoje potwierdzenie w rzeczywistości, zaangażowanie miejscowych, czy uroki jazdy po wolnych jeszcze od nadmiernego ucywilizowania górach. Wszystko to sprawia, że Danielki są czymś więcej, niż wyścigiem. Dlatego, jeśli ktoś oprócz sportowej rywalizacji, szuka prawdziwej i niezapomnianej przygody, powinien przyjechać na ten właśnie maraton. Tylko koniecznie z formą:)
Podsumowując swój nieprzeciętnej, jak na relację długości tekst, z którego na każdym prawie kroku bije duma z tego jak walczyłem i co osiągnąłem, chciałem też podkreślić, że jest to tylko wyrażenie mojego zadowolenia z tego, że jak na siebie dokonałem bardzo dużo, ale daleki jestem w intencjach od zgrywania wielkiego mistrza tego sportu. Nie wygrałem w końcu Danielek i zapewne nigdy ich nie wygram. Ale też nie było i zapewne nigdy nie będzie to moim celem. Tym razem nikomu już nie obiecywałem przyjechać za rok z jeszcze lepszą formą, zwłaszcza, że nie wiem, czy będzie możliwy mój udział w Danielkach 2005. Z pewnością jednak wystartuję jeszcze kiedyś w mojej ukochanej imprezie… i na pewno będę wtedy przygotowany na walkę, a nie wycieczkę.


Podziękowania dla sponsorów


Chciałem w tym miejscu podziękować serdecznie mojemu Dziadkowi, ponieważ bez jego wsparcia finansowego, wykorzystanego częściowo na naprawę roweru mój start w tej pięknej imprezie nie byłby prawdopodobnie możliwy. Dziękuję również moim Rodzicom, którzy zapewnili mi transport na zawody i z powrotem.

[autor tekstu: sara]

Tagi:

Danielki maraton wyścig legendarny

Autor:


Michał Sarapata

Komentarze:

miszczu komin
Przemek Mrozek
17:13 24.12.2009
A ja pamiętam jak po Krakowskim Maratonie w 2004 zastanawiałem się który to jest ten Sarapata z naszego AZSu i na jakiej podstawie objechał mnie 20min. Teraz już wiem że ta podstawa była bardzo solidna:)
piękna relacja
azari
Piotr Idzi
00:03 2.01.2010
Udało się, przebranąłem przez całą relację! :) Opłacało się ;)

Piękny tekst. Osobiste gratulacje - to wielka sprawa osiągnać coś na co się tak długo pracowało.

Swoją drogą, przyszło mi na myśl, że możnaby odwiedzić te tereny i w nowym sezonie zorganizować tam wyjazd.
hoja
21:20 28.03.2012
Właśnie dotarłam do końca relacji, jestem pod wrażeniem:)

Dodaj komentarz: