Data: 2.05.2009, sobota

Kto spotyka w lesie Dzika...

Ten wyjazd znalazł się na 7. miejscu w rankingu najlepszych wyjazdów w sezonie 2009

Mapa Dolinki Bolechowicka - Racławka Trasa: żółty szlak dolinek podkrakowskich (bolechowicka - racławka)
Dystans: 80 km
Rowerzystów: 6
Gleb: 0
Gum: 2
W każdym sezonie przychodzi taki moment, że po prostu trzeba się grupowo wybrać w dolinki, co by odświeżyć stare, ale zawsze jare, podkrakowskie trasy. Właśnie stworzył się idealny ku temu klimat, gdyż sezon nam się bardzo ładnie rozkręcił, a do tego od kilku tygodni pogoda pięknie dopisywała. Ja dodatkowo wywalczyłem dyspensę od żony, więc śmiało mogłem się brać do montowania wycieczki. Tym razem nie było także zbytniej dyskusji na temat trasy. Wojtek zaproponował co prawda treściwą wycieczkę czerwonym szlakiem do Tyńca (tak naprawdę to Wojtkowi chodziło o Tenczynek:), moją kontrpropozycją była Dolina Racławki i jak zwykle nikt mi się nie sprzeciwił ]:->


Na zbiórkę, mimo że była o 9:00 nikt się zbytnio nie spóźnił. Trasa była ustalona, więc tylko dla pewności rzuciłem okiem na mapę i pojechaliśmy w stronę Dolinki Prądnika. Paru osobom zależało, żeby wrócić wcześnie, więc nie urozmaicaliśmy zbytnio początkowych odcinków trasy tylko pognaliśmy asfaltem, aż do miejsca gdzie z Dolinki Prądnika w lewo skręca niebieski szlak na Dol. Kluczwody. Bardzo często walczyliśmy tutaj na stromym podjeździe z nieludzkimi ilościami błota, które potrafiło nawet zablokować koła, tym razem było idealnie sucho, więc mogliśmy się skupić na jeździe szlakiem. W zasadzie to oznaczeń szlaku próżno szukać w tym miejscu, na szczęście skleroza jeszcze mnie nie dopadła i jechaliśmy jak po sznurku. Po przekroczeniu drogi na Olkusz, miała miejsce pierwsza część polowania na prędkości maksymalne, a kilkaset metrów dalej już w Dolince Kluczwody odświeżyliśmy starą tradycję rozjeżdżania strumyków, którą z radością pielęgnowaliśmy również przy kolejnych okazjach tego dnia. Jedyne, co nas lekko zaskoczyło to zmiana przebiegu szlaku, który teraz prowadzi drugą stroną strumienia, co niestety zmniejszyło jego stopień trudności. Nie mogło to jednak zmącić naszego entuzjazmu i dziecięcej wprost radości, które pojawiły się po przejechaniu kilku strumyków:) Dodatkowo wszyscy już czuli zbliżającą się Dolinkę Bolechowicką, która była następna na naszej trasie.


Zanim było nam dane zmierzyć się po raz kolejny ze zjazdem do Bolechowic, czekał nas spory kawałek podjazdu do Zelkowa. My byliśmy jednak zdeterminowani jak zawsze i podjazd ten pokonaliśmy gładko, bo w sumie jak inaczej można pokonać asfaltowy podjazd na początku wycieczki;) Niestety u wlotu do Dolinki czekała na nas niemiła niespodzianka. Właściciel terenu, u wlotu wąwozu, którym idzie szlak postanowił go ogrodzić. My trafiliśmy jeszcze na taśmy wyznaczające przebieg przyszłego ogrodzenia, mogliśmy, więc prawdopodobnie ostatni raz zmierzyć się z tym arcytrudnym zjazdem. Już niedługo dokładnie ścieżką będzie biegło ogrodzenie... Zrobiło nam się naprawdę smutno, bo niejedną glebę zaliczyliśmy na tym zjeździe, czasem kończyło się na zastrzykach przeciwtężcowych, czasem rowery nie wytrzymały, ale zawsze przejechanie tego odcinka krętym trawersem, z kamieniami, korzeniami i wszelkimi możliwymi atrakcjami, dawało niesamowitą satysfakcję. Bywaliśmy tu i w lecie i w zimie, podczas suszy, deszczów i gdy leżał śnieg. Śmiało możemy powiedzieć, że Warczące Szprychy, wręcz wychowały się na tym zjeździe, niestety pozostanie on już jako historia. Pozostanie nam tylko dolna część wąwozu, która jest również atrakcyjna, lecz stanowiła wspaniałą całość właśnie z górnym odcinkiem.


Cóż, nieco spochmurnieliśmy, po tym, co zastaliśmy w Bolechowickiej, nie miało to jednak większego wpływu na plany dotyczące tego dnia, czyli dotarcia do Doliny Racławki. Postanowiliśmy zrobić postój dopiero przy sklepie w Będkowicach, czekała nas, więc jeszcze przeprawa przez Dolinkę Kobylańską. W Kobylańskiej było mnóstwo ludzi, część przyjechała się powspinać, część pospacerować, tak czy owak, co chwila kogoś mijaliśmy, na przykład brata Agnieszki. W pewnym momencie MC, który jechał jako pierwszy, zatrzymał cały nasz peleton, oświadczając, że za zakrętem czai się Dzik. Jakoś MCiemu nikt nie uwierzył, ale gdy wszyscy pojechali do Michała, okazało się, że to nie żaden żart. Dzik szybko zorientował się, że mamy nad nim przewagę liczebną i techniczną i czym prędzej pognał po stromym zboczu w głąb lasu. My zaś, początkowo zaskoczeni, po chwili leniwie ruszyliśmy dalej pod górę, aby kilkanaście minut później pod OSP w Będkowicach zrobić sobie zasłużoną przerwę na pierniki i inne smakołyki.


Gdy już zapełniliśmy nasze żołądki zapasem kalorii na dalszą część trasy, ruszyliśmy dalej oczywiście nie opuszczając naszego ulubionego żółtego szlaku. Tym bardziej, że właśnie teraz mieliśmy przed sobą kolejny wspaniały zjazd, tym razem do Dolinki Będkowskiej, zakończony orzeźwiającą przeprawą przez zaskakująco głęboki strumyk:) Po takiej dawce prędkości, adrenaliny i wody wszyscy byli wprost zachwyceni, tymczasem na kolejny zjazd trzeba było zapracować solidnym podjazdem, na którego szczycie ukazywał się piękny widok na Dolinę Szklarki. Piękny widok z góry na dolinę zawsze jest miły, bo zwiastuje kolejny zjazd, tak było i tym razem. Zjazd nie był może specjalnie wyrafinowany, bo prowadził po prostu kamienistą drogą, ale za to dawał okazję do rozwinięcia sporej prędkości i ... złapania snake bite’a co przytrafiło się tym razem MCiemu. Nadprogramowy postój techniczny przebiegł jednak sprawnie już po kilku minutach wspinaliśmy się stromym asfaltowym podjazdem po przeciwnym zboczu doliny. Tutaj już wyraźnie grupka zaczęła nam się rozciągać. Ja akurat zamykałem peleton, miałem jednak pewność, że reszta na mnie poczeka, gdyż po pierwsze zawsze czekają, a po drugie beze mnie mieliby spore problemy z nawigacją:) Tak czy inaczej wspinaczka ta kończyła się 442m n.p.m. co było najwyższym punktem naszej wycieczki. Potem mogło być tylko lepiej, konkretnie czekał nas zjazd do Wąwozu Stradlina, kolejny kamienisty szybki kawałek, po którym znów trzeba było wyciągać zapasowe dętki i pompki. Tym razem wąż dopadł Agnieszkę, co ciekawe ukąszenie było w przednie koło. Dodatkowo trzeba było jeszcze podcentrować lekko feralne koło. Znów był więc nieoczekiwany kilkunastominutowy postój, ale i tym razem wszystko poszło sprawnie. A do Racławki było już bardzo blisko, pozostawało zjechać do końca bardzo przyjemną trasą dnem wąwozu, potem już tylko krótki podjazd i już jesteśmy na zboczach Racławki. Dolina Racławki, nie dostarcza może jakiś ekstremalnych przeżyć, jedzie się nią jednak bardzo przyjemnie, tak było i tym razem.


Nasz cel został osiągnięty, pozostawało wrócić do domu. Żeby nie jechać zbytnio na około, trzeba pokombinować polnymi drogami między Radwanowicami a Brzezinką, lub Kobylanami. Kiedyś miejscowości te łączył niebieski szlak pieszy, który teraz ma już inny przebieg. Ja niestety miałem starszą mapę i efekt był taki, że szlaku nie było w terenie mimo że był na mapie, a my przegapiliśmy jeden skręt i znaleźliśmy się w miejscu, z którego można było tylko zawrócić. My jednak nigdy nie zawracamy, wyznaczyliśmy azymut (Kraków było ładnie widać) i pojechaliśmy przed siebie. Skutek niektórych wręcz zadziwił, bardzo przyjemnym zjazdem, na którym pojawił się zaraz niebieski szlak, dotarliśmy do Kobylan skąd już mieliśmy prostą asfaltową drogę do Krakowa.

Autor relacji:

miszczu komin


Uczestnicy:

miszczu komin
Przemek Mrozek
abdul
Artur
mc
Michał
Gumy: 1
wojtek_bleble
Wojciech Łazowski
aga
Agnieszka Burczyk
Gumy: 1
waceo
Rafał Kowalski

Zdjęcia:

Tagi:

dzik dolinki guma Dolinka Bolechowicka

Komentarze:

brak

Dodaj komentarz: