Data: 10.02.2004, wtorek

Trzeci

Trasa: Trasa Maratonu na 30km
Dystans: 38.16 km
Rowerzystów: 3
Gleb: 0
Gum: 0
Snowbike
Tym razem nasza wycieczka zaczęła się wyjątkowo pechowo. Już przed miejscem zbiórki złapałem gumę. Jakoś dojechałem do mostu i wzięliśmy się za naprawę. I znów materia stawiała zaciekły opór, nie mogliśmy sobie poradzić ze zdjęciem opony, w koncu po kilku próbach i walce z przemarzającymi palcami udało się. Dalej poszło gładko namierzyliśmy dziure i zakleiliśmy ją. Wziąłem się za pompowanie koła i będąc już w okolicy 4 atm. usłyszałem syk...... To nas już zdenerwowało, ale nie było innego wyjścia jak powtórzyć całą operacje, tym razem poszło gładko. Okazało się, że drugą dziure spowodowała złamana igła lekarska!

Na całą tą zabawę straciliśmy godzinę, ale w końcu ruszyliśmy prąc do przodu mimo silnego wmordewindu. Za Salwatorem wbiliśmy się na zaśnieżoną trasę maratonu. Śnieżek był świerzusi i milusi, bo nie było go za, wiele, ale jednak "uatrakcyjniał" trasę. Najbardziej trasa podobała się Buliemu, który jechał tędy pierwszy raz. Mimo że tempo mieliśmy dobre już pod ZOO wiedzieliśmy, że całej trasy nie przejedziemy przed zmrokiem, narazie jednak niestrudzenie parliśmy na przód. Bardzo fajnie jechało się nam na zjazdach, w doskonałej dyspozycji był MC, ja z kolei nie rozpędzałem się zbytnio i w efekcie jechaliśmy równym tempem bez postojów na maruderów (znaczy się ja nie musiałem czekać:). Na Zakamyczu zrobiliśmy skrót coby ominąć długi i mało atrakcyjny kawałek do obwodnicy.

Gdy znów podjechaliśmy na poziom ZOO, MC domagał się jakiegoś zjazdu na azymut po śnieżku. Akurat tak się złożyło, że końcowy odcinek maratonu pamiętam trochę gorzej i na azymut było po drodze:). Tak, więc wszyscy z zadowoleniem rzuciliśmy się w otchłań nieznanego. Jak to w zimie bywa o hamowaniu raczej nie było mowy, manewrowaliśmy więc miedzy pieńkami gałęziami norami i innymi przeszkodami. Niestety nie zawsze udaje się wszystko ominąć, no i tak ja "złowiłem" w tylne koło bardzo piękną i okazałą gałąź. Spowodowało to o dziwo tylko wygięcie się szprychy i nic więcej. Zaraz za mną wyglebił MC, który próbował się koło mnie zatrzymać. Jak to w jest naszym zwyczaju był z tej gleby bardzo zadowolony.

Dalej kontynuowaliśmy naszą przeprawe jednak po nieco bardziej płaskim terenie, aż dojechaliśmy do niebieskiego szlaku i jednocześnie trasy maratonu. Teraz czekał nas kawałek podejścia, ale co to dla nas. Gdy dojechaliśmy do Przegorzał nie mieliśmy już za wiele czasu, postanowiliśmy więc porzucić maraton i przeskoczyć na nasz ulubiony szlak żółty(przez Przegorzały). I tu skończyły się atrakcje, skończyły się także wkładki hamulcowe na moim tylnym kole, czas był więc najwyższy wracać do domu. (relacja Miszczu Komin)

Autor relacji:

miszczu komin


Uczestnicy:

mc
Michał
buli
Dominik Grządziel
miszczu komin
Przemek Mrozek

Tagi:

guma

Komentarze:

brak

Dodaj komentarz: