Data: 2.09.2009, środa

Bieszczady Family Warktown - wyjazd serwisowy

Mapa Bieszczady - Sine Wiry Trasa: Zawóz, Bukowiec, Terka, Rezerwat Sine Wiry, Rajskie, Zawóz
Dystans: 40 km
Rowerzystów: 10
Gleb: 1
Gum: 2
Charakterystyka:
Wyjazd górski
Warczące Szprychy to coś więcej niż tylko grupa rowerzystów. Zgodnie z tą formułą wybraliśmy się na wspólne rodzinne wakacje w Bieszczady. Jeżdżenie na rowerze nie było tym razem pierwszorzędnym celem, ale w końcu jesteśmy jednak grupą rowerową więc bez rowerów nie wypadało się pokazywać. Mając za sobą niedawne przygody na żółtym szlaku i maratonie krakowskim tym razem mieliśmy wybrać się na spokojną rodzinną wycieczkę. Okazało się jednak, że Szprychy to Szprychy i nawet rodzinne wycieczki spokojnie się nie kończą, ale po kolei.


Oczywiście wszystko zaczęło się od wodzenia palcem po mapie, tak powstała trasa, na oko 40km, raczej po bitych drogach, o zminimalizowanych przewyższeniach wiodąca przez prawdopodobnie malowniczy rezerwat przyrody. Jak wiadomo taka wycieczka raczej sporo czasu zająć nie może, a że w wakacje się głównie wypoczywa, to i pojęcie wczesnego wyjazdu nie jest najodpowiedniejsze. Wyjechaliśmy więc zaraz po śniadaniu o 13:20:) zaczynając od 3 km podjazdu asfaltem, najszybszej drogi pozwalającej opuścić naszą wioskę. Po pół godziny byliśmy już na szczycie i mogliśmy spokojnie delektować się zjazdem. Tak dotarliśmy do Bukowca, skąd skręciliśmy do Terki gdzie jadąc sobie raz do góry raz w dół (ale bardziej pod górę) asfaltem zmierzaliśmy w kierunku Rezerwatu Sine Wiry. Grupa nam się mocno rozjechała, Sary i Abdule pognały do przodu, a część fotelikowa została z tyłu. Dodatkowo Paulina złapała gumę. Tak czy inaczej po blisko półtorej godziny jazdy dotarliśmy pod Leśniczówkę Spisówka, gdzie mieliśmy nadzieję coś zjeść. Niestety Bar zaznaczony na mapie był zamknięty, a może go nie znaleźliśmy. Tak czy inaczej niezrażeni tym faktem skręciliśmy na szutrową drogę, która już bezpośrednio miała nas doprowadzić do naszego celu wyprawy. Miało być niby płasko, a było niespecjalnie płasko, dodatkowo Amelce jakoś nie pasowało to ciągłe bujanie i nie mogła zasnąć. Mimo wszystko dotarliśmy do owych sinych wirów gdzie postanowiliśmy zrobić solidną przerwę na jedzenie itp. Gdy tak błogo płynął czas na konsumpcji połączonej z obserwacją fauny i flory, doszliśmy do wniosku, że może trzeba by ruszyć dalej bo wcale tak dużo czazsu nam nie zostało, a tempo mamy jakieś nie szczególne.


No więc ruszyliśmy, mieliśmy przed sobą pięciokilometrowy odcinek na którym nie było jak się zgubić więc każdy jechał swoim tempem. Grupa znów potwornie się rozciągnęła tak, że maksymalnie jechaliśmy dwójkami. Nie wynikało to jednak tylko z różnic kondycyjnych, bo zaczęły dziać się dziwne rzeczy. W rowerze Dorotki przerzutka wkręciła się w szprychy, najpierw raz potem drugi urywając się doszczętnie. W związku z tym mieliśmy praktycznie jeden rower bez napędu. Chwilę później Agoo zaliczyła piękne OTB w związku, z czym konieczne stało się użycie apteczki. A my właśnie dotarliśmy do półmetka trasy i mieliśmy przed sobą całkiem spory podjazd. Zaczynało się robić późno i trochę nerwowo, bo tylko niektórzy przypadkiem nie wyciągnęli lampek z bagażu, poza tym kończyło nam się żarcie, a dzieciaki miały już coraz bardziej dość tej wycieczki. Powoli zaczęło się wymyślanie planów awaryjnych.


Narazie jednak wszyscy grzecznie rozpoczęli czterokilometrową wspinaczkę pod przełęcz Szczycisko (629m npm), która była najwyższym punktem w programie. Na przełęczy było trochę zamieszania, którą drogą trzeba jechać, cofaliśmy nawet część grupy, całkiem nie potrzebnie jak się później okazało. Zjazd ze Szczyciska dostarczył kolejnych przygód. Ania złapała gumę i również wkręciła przerzutkę w szprychy. Udało się jednak doprowadzić jej rower do ładu. Gdy zjechaliśmy nad San zaczynało się zmierzchać i oczywiste było, że za dnia nie dojedziemy do domu. A mieliśmy chyba trzy komplety lampek. Z mapy wynikało, że w Rajsku, do którego mamy raptem dwa kilometry jest jakiś sklep czy knajpa, jednak jakoś je przeoczyliśmy i dojechaliśmy do głównej drogi. Do domu brakowało nam 7-8km po asfalcie i postanowiliśmy nie kombinować tylko jechać, w miarę możliwości w zwartej grupie, a gdy to nie było możliwe to podzieliliśmy się tak żeby każda podgrupa miała jakąś lampkę i tak dotarliśmy zupełnie po omacku do domów. Góry po raz kolejny przypomniały nam, że są żywiołem i że nie można lekceważyć żadnej wycieczki nawet najkrótszej i z pozoru najłatwiejszej.

Autor relacji:

miszczu komin


Uczestnicy:

azari
Piotr Idzi
miszczu komin
Przemek Mrozek
abdul
Artur
sara
Michał Sarapata
paulinka
Paulina Mrozek
Gumy: 1
ania
Anna Idzi
Gumy: 1
agoo
Agnieszka
Gleby: 1
dorotka
Dorota Radomańska
julka
Julia
amelka
Amelia Idzi

Zdjęcia:

Tagi:

Bieszczady dzieci

Komentarze:

aga
Agnieszka Burczyk
09:29 3.12.2009
Tyle przygód na jednym wyjeździe to chyba dawno nie było :)
miszczu komin
Przemek Mrozek
11:28 3.12.2009
my też byliśmy mocno zaskoczeni takim obrotem spraw;)

Dodaj komentarz: