Wyjazd wielodniowy: 21.05.2010 (piątek) - 22.05.2010 (sobota)

Powódź powodzią, a Turbacz nocą

Ten wyjazd znalazł się na 5. miejscu w rankingu najlepszych wyjazdów w sezonie 2010

Mapa Nowy Targ - Turbacz Mapa Turbacz - Stare Wierchy - Nowy Targ Trasa: Nowy Targ - trochę żóltym szlakiem - Turbacz, Turbacz - Stare Wierchy - Nowy Targ
Dystans: 37 km
Rowerzystów: 3
Gleb: 1
Gum: 0
Charakterystyka:
Wyjazd wielodniowy
Wyjazd górski
Wyjazd nocny
Często mamy takie szczęście, że gdy długo planujemy jakiś fajny wyjazd to gdy już zbierze się duży skład i wszystko jest gotowe, następuje jakiś kataklizm.Tak było i tym razem.w....

Nocny wyjazd na Turbacz planowany był już od zimy i znalazł się w naszych planach na ten rok. Miał to być nas pierwszy wyjazd nocny w góry. Termin został ustalony, zadeklarowały się cztery osoby i niespodziewanie południową Polskęnawiedziła ogromna powódź. Wszystkie maratony na najbliższe dwa tygodnie zostały odwołane, więc w zasadzie już byliśmy pogodzeni z myślą, że będzie trzeba odpuścić ten wyjazd. Jednak po telefonie do schroniska na Turbaczu, zatliła się nadzieja, bo podobno wcale nie jest tak źle i do schroniska można bez większych problemów dojechać. Dodatkowo w piątek po wielu pochmurnych i deszczowych tygodniach wyszło Słońce. Postanowiliśmy jechać. Niestety wycofał się Wojtek, który musiał zająć się sprżątaniem zalanego powodzią garażu.

Logisycznie postawiliśmy na niezawodne Azarowe Punto, które najpierw zawitało u Sary, a następnie zebrało moją skromną osobę, niemalże jako autostopowicza, gdyż ja oczywiście miałem utrudnione zadanie i musiałem dotrzeć z Cieszyna po pracy. Jednak nieco po 19 byliśmy już w komplecie i raźno pomykaliśmy Zakopianką. Postanowiliśmy jeszcze po drodze wstąpić na kolację, a przy okazji wgrać do mojego Garmina track, który Azar znalazł na necie. Jak później miało się okazać, track ten był nieocenioną pomocą. Do Nowego Targu dotarliśmy o zmroku. Wcześniej, matka Natura nieco nas postraszyła ogromną burza, która przesszła nad Pasmem Turbacza. Było to ostrżeżenie o tym, kto tak naprawdę rozdaje karty. Burza jednak szybko przeszła, a my byliśmy w bojowych nastrojach i po 21 byliśmy już na rowerach gotowi do ataku na Turbacz.

Planowaliśmy wyjechać zielonym szlakiem z Kowańca. Mieliśmy track więc całą nawigację oparliśmy na nim, bo szukanie znaków było znacznie trudniejsze. Zresztą nikt z nas nie zdobywał jeszcze Turbacza, z tej strony. Pierwszy zelony znaczek znaleźliśmy, potem widzieliśmy tylko żółte, a w końcu Garmin wprowadził nas na drogę, którą żaden szlak nie szedł. Trochę nam to nie pasowało, ale w sumie planowaliśmy wycieczkę na podstawie dość starych map i układ szlaków mógł się nieco zmienić. Droga była jednak fajna więc jechaliśmy, mimo że mieliśmy sporo wątpliwości którędy jedziemy. Z drugiej strony instynktownie ta droga nam pasowała. Gdy po dwóch kilometrach skończył się asfalt i zaczęła droga leśna, wyciągnąłem mapę żeby sprawdzić, którędy tak naprawdę jedziemy. Z mapy wynikało że jedziemy równolegle do żółtego szlaku, a szlak zielony zgubiliśmy na pierwszym możliwym skrzyżowaniu. Wniosek bbył prosty załadowaliśmy niewłaściwy plik. Cóż, z tego miejsca wszystkie drogi prowadziły na Turbacz, jednak z drugiej strony drogi są różne. Zauważyliśmy tylkko jeden problem, na mojej mapie (nomen omen słowackiej) nie było zaznaczonej całej drogi, którą prowadził track. Według mapy jechaliśmy drogą która kończy się w lesie kilkaset metrów przed granią, a po drodze nie łączy się z rzadną inną drogą. Doszliśmy więc do wniosku, że autor tracka, zrobił jakiś ciekawy skrót przez las, prawdopodobnie jakąś hardcorową ścieżka, by następnie dotrzeć do żółtego szlaku. Jak zwylke nie chciało nam się wracać, więc podjęliśmy ryzyko i jechaliśmy dalej kierując się tylko GPSem. Generalnie trzeba zaznaczyć że w tym ciemnym lesie Garmin dawał nam wspaniały obraz naszej sytuacji, wiedzieliśmy dokładnie jak będzie jechać draga, i na jakiej wysokości jesteśmy. Mieliśmy też możliwość odnalezienia siebie na profilu trasy, jednak w zasadzie pokazywał on tylko cały czas podjazd.

Jechaliśmy dalej zastanawiając się co nam przyniesie jazda według tego tracka. Okazało się że cały czas jechaliśmy dość dobrymi leśnymi drogami o całkiem znośmyn nachyleniu. Błota i wody było tyle co zazwyczaj spotykamy w górach, więc elegancko pieliśmy się do góry. Im dalej jechaliśy tym bardziej byliśmy zadowoleni, że doszło do tej pomyłki z trackami. Uznaliśmy że jedziemy drogą, którą zaopatruje się schronisko. Wkrótce dotarliśmy z powrotem do żółtego szlaku i nie mieliśmy już zadnych obaw. GPS prowadził nas gładko. Tylko raz zjechaliśmy omyłkowo zabardzo w lewo i trafiliśmy na drogę zakończoną ogrodzeniem. Dokładniejsze powiększenie na GPSie i od razu wiedzieliśmy, prawidłową drogę mamy 50m po prawej. Ok 23:30 dotarliśmy do miejsca gdzie dołączał zielony szlak, którym pierwotnie mieliśmy jechać. Tutaj rozstawaliśmy się z naszym przewodnikiem. Track, którym ysponowaliśmy odbijał tutaj w dół, my jechaliśmy dalej do schroniska. Na znaku widniała tabliczka dla pieszych turystów, że po godzinie powinni dotrzeć do schroniska. Nam zajęło to nieco ponad pół godziny. Po drodze był jedzcze kawałek zjazdu, a potem dość łagodny podjazd. W pewnym momencie w górze po lewej stronie zauważyliśmy światła schroniska. Byliśmy na miejscu.

Zrobiliśmy kilka fotek, a następnie obudziliśmy gospodarza. Ku naszemu zdziwieniu w holu schroniska stały dwa rowery. Dostaliśmy klucze do pokoju, gdzie zjedliśmy małą kolację popijając piwkiem. Kładliśmy się ze świadomością, że za niecałe godziny musimy wstawać.

Budziki zrywały z łóżek kolejno mnie, Azara i Sarę. Za oknem, poza kilkoma najbliższymi drzewami było widać tylko mgłę. Przynajmniej nie lało. Poszliśmy na jadalnie i znów musieliśmy budzić gospodarza, żeby podał nam śniadanie. Spokojnie zjedliśmy, a potem zaczeiśmy się zbierać. Za szybko nam to nie poszło bo wyjechaliśmy dopiero przed 9, prawie dwie godziny po pobudce.

Trasa na ten dzień miała być łatwiejsza, w końcu startowaliśmy z najwyższego punktu w okolicy. No prawie, schronisko jest pod 40m poniżej szczytu, ale na szczyt i tak wyjechaliśmy. Na szczycie fotka i jedziemy dalej, ale nie daleko, bo pod szczytem od chyba trzech lat leżą zwalone wiatrem drzewa. Coraz mniej ale jednak przejechać się nie da. Dalej już melodia zjazd czerwonym szlakiem w stronę Rabki. Łatwy to on nie jest, zawsze ślisko, błoto kamienie, korzenie. Generalnie trzeba uważać. Uważamy najlepiej jak potrafimy, bo dobrze pamiętamy jak kiedyś z tego zjazdu Azar z Abdulem musieli sprowadzać, pierwszy na skutek awarii, drugi niestety kontuzji. Azar jedzie ostrożnie, ale mimo to zalicza jedną niegroźną glebę, gdy koło ześlizguje mu się do kałuży. Sara jedzie najostrożniej, bo jeszcze ma świeże rany po ostatniej kraksie. Ja jadę najszybciej, ale czekamy na siebie, bo w górach trzeba się trzymać blisko. Przy okazji robimy trochę zdjęć i filmików, bo pogoda robi się wspaniała. Temperatura w sam raz na rower i powoli wychodzi słoneczko. Chmury przegoniło, zaczynają się pokazywać ładne widoczki

Po 40minutach docieamy na Stare Wierchy. Przechwytujemy niebieski szlak. Dalej jedziemy w dół, ale już nie tak ostro, no i momentami trzeba troszkę podjeżdżać. Szlak nam się podoba, mniej kamieni, coraz więcej widoczków, humory nam dopisują, tylko rowery trochę się skarżą na nienasmarowane napędy. Tak docieramy na Obidową. Jest już południe, dochodzimy do wniosku że wystarczy nam wrażeń. Zjeżdżamy Zakopianką do Klikuszowej, następnie odbijamy w prawo na Lasek i nieco okrężną drogą docieramy do Nowego Targu i naszego auta.

Dystansu, jak zwykle na Turbaczu wyszło niewiele, ale jesteśmy z siebie niebiańsko zadowoleni. Zwłaszcza z faktu że nie zostaliśmy w domach, po pogoda był dla nas bardzo łaskawa, a warunki były nie bardziej trudne niż zazwyczaj. No i poznaliśmy bardzo dobrą trasę podjazdu na Turbacz, która niewątpliwie przyda się w przyszłości.

Autor relacji:

miszczu komin


Uczestnicy:

azari
Piotr Idzi
Gleby: 1
miszczu komin
Przemek Mrozek
sara
Michał Sarapata

Zdjęcia:

Tagi:

Turbacz Gorce Nowy Targ

Komentarze:

sara
Michał Sarapata
13:18 25.05.2010
Ech, żebym ja miał taką szybkość i natchnienie do pisania... fajna relacja i dobra wycieczka :)
azari
Piotr Idzi
21:51 25.05.2010
No, niby tylko 37km na dwa dni, ale jak się w niedziele ruszyłem na chwilę na rower to było czuć że się wcześniej jeździło. Fajnie, fajnie :)

Dodaj komentarz: