Wyjazd wielodniowy: 2.06.2006 (piątek) - 3.06.2006 (sobota)

60 l. wody na metr kwadratowy

Ten wyjazd znalazł się na 4. miejscu w rankingu najlepszych wyjazdów w sezonie 2006

Trasa: Kraków, Dobczyce, Szczyrzyc, Tymbark, Kamienica, Krościenko
Krościenko, Czerwony Klasztor, Nidzica, Nowy Targ

Dystans: 185 km
Rowerzystów: 6
Gleb: 0
Gum: 0
Charakterystyka:
Wyjazd AZSowy
Wyjazd wielodniowy
Wyjazd szosowy
Prognoza pogody nie pozostawiała złudzeń... 60 litrów wody na metr kwadratowy, to opad jaki przewidywały prognozy na czas wyjazdu z AZS AGH do Krościenka nad Dunajcem. Wiedzieliśmy zatem, że żartów nie będzie, ale mimo to udało się zebrać ekipę 6 nawiedzonych, którzy dojazd „na własną rękę” postanowili załatwić „na własną nogę”, dosiadając swych rowerów i pedałując z samego Krakowa, podczas gdy inni wieźli się ciepłymi samochodami. To ostatnie rozwiązanie tak bardzo do nas nie przemawiało, że woleliśmy wziąć sobie do serca idiotyczny komentarz internauty odnośnie wyżej wspomnianej prognozy, że nie warto się nią przejmować... 60 l/m2 to absurd, ponieważ deszcz pada równomiernie, a nie na jeden metr kwadratowy;)

Piątkowe popołudnie, kiedy mieliśmy wyruszyć, było pochmurne i stosunkowo chłodne, ale nie padało... jeszcze nie;) Kilka minut po 15 dotarłem pod główną kwaterę AZSu na Piastowskiej, gdzie czekał już na mnie miszczu Komin z Bartkiem, wypominając mi spóźnienie, ale na szczęście dotarłem tam i tak wcześniej niż Azar (największa niespodzianka wyjazdu, bo zdecydował się najpóźniej), więc nie byłem najgorszy;) Wyruszyliśmy więc z drobnym opóźnieniem, przez co Tomek i (nie wiedzieć czemu brzydzący się odmianą roweru zwaną MTB) Marcin, którzy mieli do nas dołączyć już w drodze, bo mieszkali przy planowanej trasie dojazdu, musieli na nas trochę poczekać. W końcu jednak pedałowaliśmy do celu w komplecie. Początek wycieczki był bardzo spokojny, nie narzucaliśmy zbyt wysokiego tempa, bo większość z nas w czasie poprzedzającym wypad, jeździła na rowerze co najmniej mało regularnie. Po prostu w miłej, niczym nie zmąconej atmosferze kręciliśmy sobie powolutku w stronę Trzech Koron.

I tak było aż do Dobczyc, gdzie zaczęło lekko kropić, co skłoniło nas do zatrzymania się na przystanku autobusowym i uzbrojeniu w kurtki przeciwdeszczowe, a w moim wypadku nawet i spodnie. Tylko Tomek z Bartkiem postawili na hardkorowe rozwiązanie, nie mając nic przeciwdeszczowego, a ten ostatni nawet nic długiego(!) Przy okazji coś przekąsiliśmy, podebatowaliśmy nad mapą, zrobiliśmy kilka zdjęć, a kiedy przeczekaliśmy największą ulewę, wyruszyliśmy dalej. Z drobnymi przerwami dość solidnie padało i nieco zmarzliśmy, dlatego w Tymbarku postanowiliśmy zatrzymać się w barze, by się trochę ogrzać i napić herbaty. Chcieliśmy pilnować zostawionych na zewnątrz rowerów zmieniając co kilka minut kogoś na warcie, ale kiedy barman to zobaczył, wyszedł przed budynek i krzyknął do siedzących naprzeciw chłopaków, że te rowery mają nie zginąć, dzięki czemu wszyscy mogliśmy zostać w środku, spokojni o nasze maszyny... to był naprawdę miły gest. Oczywiście kolejny raz debatowaliśmy przy mapie, tym razem Komin pokazywał nam terenowy skrót, którym chciał nas przeprowadzić w pobliże Zbludzy i Kamienicy. Dyskusję umiliły nam wyświetlane w ramach wieczorynki w TVP1 Smerfy;) Nie obejrzeliśmy ich do końca, bo trzeba było jechać dalej. Na początku, zaraz po wyjściu z ciepłego pomieszczenia, było mało przyjemnie, ale później się przyzwyczailiśmy do chłodu (Tomkowi i Bartkowi przyszło to trochę trudniej, ze względu na nie do końca odpowiedni na te warunki ubiór) i nawet przeciętny deszcz przestał robić na nas wrażenie. Za to my robiliśmy wrażenie wśród ludności, czego dowodem był na przykład wydobywający się z budy mijanego przystanku głos „po***ało ich?!” ;)

Kominowy skrót terenowy okazał się całkiem klimatyczną drogą gruntową prowadzącą przez las i głównie pod górę, co trochę dało nam się we znaki, ale daliśmy radę, choć trochę to trwało. Z wyjątkową, jak na nas radością przyjęliśmy więc asfalt, do którego w końcu dotarliśmy, szczególnie że zaczęły się zjazdy, co pozwoliło trochę odetchnąć... wprawdzie bardziej wodą z nieba i spod kół, niż świeżym powietrzem, ale to i tak była spora ulga.

Zaczęło się powoli ściemniać, więc kto miał, to założył lampki i stopniowo zaczęliśmy wprowadzać coraz większą dyscyplinę w kwestii szyku i kolejności jazdy. Zaczęliśmy jechać już nie, jak zdarzało się wcześniej dwójkami, tylko kolumną, której przewodziłem ze względu na rzekomo najmocniejszą lampkę przednią. Azar wygrał konkurs na najlepsze oświetlenie tylne, dlatego zamykał stawkę. Zabawa się zaostrzała w miarę zapadającego zmroku, a ja będąc na czele peletonu musiałem zachowywać szczególnie wysoki poziom koncentracji, nie mogąc pozwolić sobie na błąd, o który w takich warunkach naprawdę było nietrudno. Było coraz ciemniej, momentami padało, a na asfalcie potrafiła się utrzymywać centymetrowa warstewka wody, chlapiąca czasem spod kół po twarzy, spłukując sól z potu prosto do oczu... z jednej strony podbudowywało to morale, utwierdzając w przekonaniu, że robimy coś naprawdę hardkorowego, że uczestniczymy w zabawie „dla prawdziwych mężczyzn”, ale z drugiej, tej fizycznej strony – piekło pod powiekami jak cholera, wybitnie utrudniając obserwację znajdującej się przede mną drogi, stąd tak konieczne było zwiększone natężenie uwagi i rozważny dobór prędkości, by nie zjechać z drogi, ani nie wpaść w poślizg. W takim mniej więcej klimacie zjechaliśmy przez Zbludzę i Kamienicę do Zabrzeża, gdzie chcieliśmy zatrzymać się w jakiejś knajpie, żeby przemarznięci już dość mocno Bartek z Tomkiem, nieco się ogrzali. Niestety, około 21 wszystko było już pozamykane, więc ograniczyliśmy nasz postój do telefonu Komina do doktora Fuka z informacją, że już jesteśmy 14 km od Krościenka. Marcin wziął od Tomka plecak, żeby ulżyć mu w cierpieniach i ruszyliśmy dalej. Kiedy tylko opuściliśmy oświetlony latarniami Zabrzeż, zanurkowaliśmy w totalną ciemność, zmąconą nieśmiało naszymi lampkami i reflektorami z rzadka mijającymi nas samochodów. Taka jazda potwornie się nam dłużyła... ciągle sunęliśmy po warstewce wody na asfalcie, do tego byliśmy już coraz bardziej zmęczeni mając w nogach ponad stówkę kilometrów, a przemoczenie i marznięcie również nie umilało podróży. Kiedy naszym oczom ukazały się wreszcie światła jakiejś miejscowości, niektórzy zaczęli już świętować końcówkę przygody, jednak ja wiedziałem, że ta radość jest przedwczesna. To była dopiero Tylmanowa, a do Krościenka było jeszcze parę kilometrów. Ciężkich kilometrów, szczególnie dla tych, którzy chwilę wcześniej się rozczarowali, że to jeszcze nie koniec. Ale nie było wyjścia, trzeba było jechać dalej.

W pewnym momencie zauważyłem, że kilkaset metrów przede mną, przejeżdżający samochód rozświetlił na ułamek sekundy przydrożną tablicę... ja już wtedy wiedziałem, a kiedy chwilę później w blasku mojej lampki ukazał się naszym oczom napis „Krościenko n/D” wybuchła wielka euforia. Okrzyki radości, które po chwili przerodziły się w serię stwierdzeń, jacy to jesteśmy wielcy i wzajemnych gratulacji, że byliśmy wystarczającymi oszołomami, żeby się tego podjąć i wystarczająco zdeterminowani, żeby udało się to osiągnąć. Dzięki temu pozytywnemu nastawieniu sam przejazd przez Krościenko minął bardzo szybko i poza jednorazowym, po krótkim czasie naprawionym błędem nawigacyjnym, bezproblemowo dotarliśmy około godziny 22 do pensjonatu Trzy Korony, gdzie powitał nas doktor Fuk, który polecił stawienie się w barku obok recepcji, po tym jak ktoś z obsługi pokaże nam gdzie zostawić rowery. Kiedy zsiedliśmy z naszych maszyn ledwo szliśmy odprowadzając nasze rumaki w bezpieczne miejsce. Po drodze spotkaliśmy ludzi z sekcji, którzy właśnie dojechali tam autem... ich początkowy wybuch śmiechu na nasz widok przerodził się poprzez politowanie w wyrazy uznania dla tego, czego dokonaliśmy.

Kiedy już z tak rzadką chęcią porzuciliśmy nasze rowery i stawiliśmy się w barku, czekała tam na nas kadra trenerska oraz 6 gorących herbat i 6 kielonków z rumem... doktor Fuk, to bardzo dobry fachowiec i wiedział jak nas powitać;) Uściski dłoni, wyrazy uznania, kałuże spływającej z nas wody, rozmowa przy rozgrzewającym zziębnięte ciała napoju wytwarzały klimat, dzięki któremu czuliśmy się bohaterami tego wieczoru. Wiem, że dopuszczam się lekkiej nieskromności, ale tak naprawdę, to po prostu nimi byliśmy :) Mniejsza o pokonane 118km z Krakowa, ale 7 godzin jazdy, z czego 5 w deszczu i 2 po ciemku, wystarczająco to zdanie uzasadniają. Szczególnie, że zrobiliśmy to z pasji do jeżdżenia na rowerze, nie patrząc na to, kiedy jeździliśmy ostatnio, mając gdzieś, czy jest to zgodne z jakimś planem treningowym... po prostu umieliśmy się zebrać i osiągnąć razem jeszcze bardziej ambitny niż przypuszczaliśmy, cel. Na tym właśnie polega piękno tego sportu, że traktuje się go jako pasję, a nie tylko czysty trening i wyścigi.

Barek już zamykano, więc na kolację się nie załapaliśmy. Poszliśmy do pokojów i pod prysznic... nareszcie ciepły i tylko z góry, a nie dodatkowo spod kół;) Miałem nieco własnego prowiantu, więc się podzieliłem, szczególnie z najbardziej zziębniętymi Tomkiem i Bartkiem. Naszymi mokrymi rzeczami zajęliśmy wszystkie kaloryfery w pokojach i w korytarzu, ale nie wyschły do końca bo w nocy zaprzestano grzania, które uruchomiono na wieczór z okazji przyjazdu naszej szóstki na rowerach... więc i tak było to bardzo miłe ze strony właścicieli.

Nazajutrz pogoda była równie niepewna, jak dzień wcześniej, jednak sekcja nastawiła się bojowo i tym razem wszyscy mieli już pojechać na rowerach na wycieczkę, zwieńczoną wieczornym ogniskiem w ośrodku, w którym nocowaliśmy. Na następny dzień planowana była kolejna wycieczka i powrót do domów. Z naszej szóstki jednak tylko Bartek mógł zostać na ognisko i do następnego dnia, reszta postanowiła wrócić pociągiem z Nowego Targu już w sobotę. Tomek z Marcinem zostali po śniadaniu w ośrodku, chcąc dosuszyć swoje rzeczy suszarką i mieli dołączyć do mnie, Komina i Azara w Nowym Targu. My bowiem pojechaliśmy z Bartkiem i resztą sekcji na wycieczkę przełomem Dunajca.

Myślałem, że się nie wpasuję w siodełko, bo tyłek bolał mnie tak, że na początku musiałem jechać cały czas na stojąco. W końcu jednak udało się usiąść i zrelaksować spokojnym tempem jazdy z całą sekcją. Przełom Dunajca, jak zawsze malowniczy, więc mimo pochmurnej pogody i wilgoci w powietrzu dokręciliśmy sobie z przyjemnością do Czerwonego klasztoru, gdzie po kilku fotkach i szybkich zakupach postanowiliśmy z Kominem i Azarem odłączyć się od wycieczki i popedałować szosą przez Niedzicę do Nowego Targu na pociąg. Dzięki współpracy zespołowej poszło nam to bardzo sprawnie i dotarliśmy na miejsce nawet wcześniej niż planowaliśmy. Musieliśmy po drodze zaliczyć ucieczkę na pobocze w celu uniknięcia czołówki z Kamazem, ale poza tym obyło się bez większych przygód.

Czas oczekiwania na pociąg wykorzystaliśmy na posilenie się i objedzenie przydworcowej budki ze wszystkich drożdżówek, kiełbasek i hamburgerów, w czym pomogli nam Tomek z Marcinem, którzy nieco później dojechali tam bezpośrednio z Krościenka. Ze względu na panujący chłód wypiliśmy po 2 herbaty, ale tym razem musieliśmy się zadowolić wersją bez rumu :(

W końcu przyjechał wyczekiwany pociąg... oparliśmy rowery w wagonie, a sami rozsiedliśmy się wygodnie. Ciepełko, relaks, odprężenie, wspomnienia naszego wyczynu i zachwyt nad jeszcze lepszym niż zwykle smakiem Kelta zakupionego po słowackiej stronie Dunajca... no i jeszcze jedno. Myśl o tym, jak bardzo się chłopaki wkurzą, kiedy zobaczą, że na jednym wyjeździe szprychowym trzasnęliśmy 185 kilometrów :)

Tak właśnie zakończył się ten zwariowany wyjazd, który mimo skromnego udziału terenu i błota, godny jest nazwania bardzo szprychowym.

Autor relacji:

sara


Uczestnicy:

azari
Piotr Idzi
miszczu komin
Przemek Mrozek
sara
Michał Sarapata
?
bartek
Bartosz
?
marcin p
Marcin Prochownik
?
tomek
Tomasz Janus

Zdjęcia:

Tagi:

mokro deszcz szosa Krościenko

Komentarze:

brak

Dodaj komentarz: