Data: 27.12.2006, środa

Zakończenie sezonu 2006

Trasa: Most Grunwaldzki, Dolina Prądnika, Jaskinia Wierzchowska, Dolinka Bolechowicka, Kraków
Dystans: 65 km
Rowerzystów: 5
Gleb: 4
Gum: 2
Wszystko się kiedyś kończy… nawet sezon szprychowy. Kiedy rok dobiega kresu, przychodzi czas wspomnień, podsumowań, rozliczeń, a niekiedy nawet zmian w warczącym składzie, do którego właśnie mi tym razem przypadł zaszczyt dołączyć:) No i oczywiście czas na rower – ostatnie rozprostowanie szprych przed Sylwestrem.

Okazja to nie mała, więc frekwencja – w przeciwieństwie do zimy – dopisała. Mimo otwartego statusu imprezy goście nie przybyli, dlatego skład był równie liczny (5), co i hermetyczny. Tradycyjnie, mniej lub bardziej spóźnieni zebraliśmy się prawie wszyscy pod Mostem Grunwaldzkim… prawie, bo Buli w tym czasie pompował koło na ul. Tomasza, usiłując najwyraźniej choć w gumach doścignąć Azara, liderującego we wszystkich statystykach sezonu 2006;) Pospieszyliśmy więc do centrum miasta, gdzie już w komplecie ustaliliśmy plan trasy. Padło na Dolinę Prądnika, skąd żółtym szlakiem chcieliśmy zaatakować Dolinę Bolechowicką.

Jeszcze przed wyjazdem z miasta trzeba było podnieść ciśnienie w kilku kołach, co dało wszystkim posiadaczom pompek okazję do pochwalenia się swoimi akcesoriami i wymiany uwag na ich temat. Po wznowieniu jazdy zauważyliśmy, że jakoś nienajlepiej tego dnia układały nam się relacje z kierowcami, dlatego w Zielonkach odetchnęliśmy z ulgą, gdy mogliśmy zjechać w teren;) Trochę zmarznięte błotko brudziło nasze rowery znacznie mniej niż zwykle. Świecące przy tym słoneczko czyniło jazdę bardzo przyjemną, a brak cięższych podjazdów, stosunkowo lekką. Sprzyjało to rozlicznym dyskusjom… od wspomnień z mijającego sezonu, przez bieżące uwagi, po te bardziej wizjonerskie, jak cele na rok 2007, czy przyszłość ubiorów rowerowych;)

Tak było aż do Doliny Prądnika, gdzie odbiliśmy w legendarny żółty szlak, co natychmiast wywindowało trudność wycieczki na o wiele wyższy pułap. Na początek podejście przez las, które we fragmentach co bardziej ambitni próbowali z przeciętnym skutkiem szturmować na rowerze. Potem jazda była możliwa, choć wymagała sporego nakładu sił, których ja na przykład za wiele już nie miałem. Nie mogłem się już doczekać sklepu koło Jaskini Wierzchowskiej, gdzie mieliśmy zrobić postój, by posilić się co nieco. Przed Wierzchowiem zaliczyliśmy piękny i bardzo śliski zjazd, bo zmarznięte błotko zaczęło w końcu puszczać na słoneczku, więc nie trudno było o mniej lub bardziej kontrolowany poślizg;)

Pod sklepem wielkie rozczarowanie… zamknięte:( Decyzja była równie prosta, co natychmiastowa – pedałujemy do Zelkowa! Na początek stromy asfaltowy podjazd i trochę retoryczne pytania, czy daleko jeszcze. Wszyscy dobrze wiedzieli gdzie to jest, ale tym razem wydawało nam się o wiele dalej niż zazwyczaj. W końcu jednak dotarliśmy do upragnionego sklepu i rozsiedliśmy się przy stoliku, by trochę odsapnąć i posilić strudzone ciała, oddając się konsumpcji kanapek oraz świątecznych łakoci, zapijanych herbatką z termosów, lub nabytymi Kubusiami, wzbogacającymi przy okazji nasz intelekt umieszczonymi na odwrocie etykiet zagadkami dla dzieci.

Zregenerowani ruszyliśmy w stronę słynnej Doliny Bolechowickiej, by rozpocząć jeden z bardziej obłędnych i technicznych zjazdów pod Krakowem. Oj było ślisko… od razu posypały się liczne gleby, lub przynajmniej podpórki. Nikt tym razem nie przejechał „czysto”, po prostu się nie dało. Kawałek dalej znajduje się stanowiący przerywnik w zjeździe, drobny wprawdzie, ale stromy i trudny podjazd. Wszyscy na nim przepadli, z jednym wyjątkiem – mi się tym razem udało wyjechać, przez co pozostałym zrobiło się bardziej łyso niż bieżnikowi mojej zajeżdżonej Dębicy:) Ponieważ inni mieli gumy w dużo lepszym stanie, Komin z dumą zaczął na moim przykładzie tłumaczyć Buliemu (fizykowi), że sukces zależy w większym stopniu od tego jak się podjeżdża, niż od samej opony na tylnym kole;)
Po tej krótkiej przerwie znowu pędziliśmy w dół, aż do momentu, kiedy nastąpiło to, co od samego początku było nieuchronne… zjazd się skończył, a wraz z nim teren, którego w 2006 roku mieliśmy już więcej nie zaznać. Przejechaliśmy więc asfaltem przez Bolechowice i zatrzymaliśmy na skrzyżowaniu, bym mógł pożegnać się z resztą składu, zanim się odłączę i pojadę do swojego domu.

Uściski dłoni, oficjalne powitanie mojej skromnej osoby w warczącym składzie, podziękowania za wspólne wyjazdy w minionym sezonie i przestroga bym nie przestał jeździć w następnym, bo na status Warczącej Szprychy trzeba cały czas pracować. Na koniec życzenia noworoczne, po których ja udałem się samotnie w stronę mojej wioski, a pozostali pomknęli w kierunku Krakowa.

W ten rowerowy wielce sposób zamknęliśmy uroczyście sezon 2006. Do zawarczenia w następnym!

Autor relacji:

sara


Uczestnicy:

azari
Piotr Idzi
buli
Dominik Grządziel
Gleby: 1 Gumy: 2
mc
Michał
Gleby: 1
miszczu komin
Przemek Mrozek
Gleby: 2
sara
Michał Sarapata

Tagi:

Dolinka Bolechowicka zamknięcie sezonu

Komentarze:

brak

Dodaj komentarz: