Data: 3.05.2004, poniedziałek

Długi weekend w Beskidzie Wyspowym (powrót)

Trasa: Góra Jasień 1052 m npm - Łętowe - Mszana Dolna - Dobczyce - Kraków
Dystans: 81.31 km
Rowerzystów: 2
Gleb: 0
Gum: 0
Po dwóch nocach spędzonych w górach przyszedł czas na powrót. Wyjazd zaplanowaliśmy na 9.00, ale zanim zjadłem i spakowałem się... wyruszyliśmy 10.15. Mieliśmy przed sobą wypasiony zjazd. Podeszliśmy do niego jednak bardzo ostrożnie, nawet chyba zbyt ostrożnie, na dole licznik pokazał średnią 11,6km/h. Jednak pokaźne ilości błota pokrywające nas od stóp do głów świadczyły, że pokonaliśmy naprawdę mocnego przeciwnika. Kilka kilometrów zjazdu to koleiny, duże głazy, strome i śliskie drogi ale najważniejsze że zjechaliśmy cali. Co prawda ludzie na nas dziwnie patrzyli, gdy szli wystrojeni do kościołów, ale nam jak zawsze sprawiało to frajdę. W Mszanie Dolnej spotkaliśmy dwóch cyklistów, którzy wyjechali jakieś pół godziny przed nami, jechali inną drogą i na takich rowerach ze naprawdę ich podziwiam. Tymczasem okazało się, że nie mam powietrza w tylnym kole. Postanowiliśmy, więc zjeść kebab i po dużym lodzi i zabraliśmy się do roboty. Było nam bardzo miło, gdy jeden z mieszkańców podszedł do nas i wypytywał się czy na pewno mamy wszystkie rzeczy potrzebne do naprawy roweru. Uprzejmie podziękowaliśmy, wszak, co, jak co ale na „gumy” to zawsze musimy być przygotowani. Chwilę później wypatrzyła nas jeszcze Ela, nasza koleżanka, która akurat przejeżdżała przez Mszanę. Bardzo ucieszeni z tego niespodziewanego spotkania, doprowadziliśmy Tequeste do porządku i ruszyliśmy dalej. Znów był przed nami podjazd pod Przełęcz Wierzbanowską, tym razem jechało nam się znacznie lepiej. Gdy już dotarliśmy na przełęcz oczom naszym ukazał się las... a dalej był horyzont nad którym wsiały ciemne burzowe chmury. Oczywiście nie muszę dodawać, że wiatr przez dwa dni zmienił kierunek i znów wiał nam w twarz, gnając złowrogie chmury prosto na nas. My jednak mieliśmy inny plan, przed deszczem chcieliśmy dojechać do Dobczyc, ruszyliśmy, więc w dół pedałując co sił. Na bardziej płaskim kawałku dawaliśmy sobie zmiany, także prędkość nie zeszła poniżej 33 km/h. Gdy wpadliśmy na Dobczycki Rynek lunęło.

Gdy czekaliśmy na koniec ulewy, zauważyłem, że coś błyszczy mi na oponie. Okazała się to być szpilka tyle żę przechodziła ona na wylot przez oponę!!!!! Przyglądaliśmy się temu zjawisku i wykoncypowaliśmy, że szpilka przebiła dętkę a potem się złamała i nie powodowała już więcej zniszczeń.


30 kilometrów, które nam zostało przebiegło bez zakłóceń, gdy rozstawaliśmy się pod mostem byliśmy z siebie naprawdę zadowoleni i już myśleliśmy, kiedy powtórzyć ten wyczyn.


Autor relacji:

miszczu komin


Uczestnicy:

miszczu komin
Przemek Mrozek
pablo
Paweł Wąsala

Tagi:

brak

Komentarze:

brak

Dodaj komentarz: