Data: 7.07.2007, sobota

Kawalerski Bike Maraton - Krynica

Ten wyjazd znalazł się na 2. miejscu w rankingu najlepszych wyjazdów w sezonie 2007

Trasa: trasa maratonu
Dystans: 55 km
Rowerzystów: 6
Gleb: 8
Gum: 0
Charakterystyka:
Wyścig / Maraton
Wyjazd górski
Najliczniejszy szprychowy maraton pokazal ząbki :) Był hardcorek! :)



Apetyty w kilku przypadkach byly na GIGA, ale ostatecznie MEGA zadowolilo wszystkich w zupelnosci :)



W skrocie opisac moznaby to bylo nastepująco (osoby w kolejnosci wynikow)

    Buli - pierwszoszprych na mecie

    Wojtek - jeżdżący u siebie, godnie zaprezentował Krynice :)

    Komin - 7 wyścig w ciągu ostatniego miesiąca?

    Abdul - zrywacz łańcuchów i chwytacz kolców

    Azari - singlespeed kawaler

    Paweł - pierwszy wyjazd w sezonie, a co! :)



A tak wyglądał maraton oczami Komina:

Co roku, gdy organizatorzy ujawniają lokalizacje maratonów, czekamy na imprezy w Beskidach, które jakoś mniej popularne są od Sudetów. W tym roku naszą szczególną uwagę od razu zwróciła Krynica. Legenda pierwszego i póki co jedynego maratonu w Beskidzie Sądeckim, który okazał się za trudny dla blisko 1/3 uczestników była ciągle żywa. Z drugiej jednak strony już na wiele maratonów byliśmy napaleni i nic z tego nie wychodziło, Tym razem jednak wszystko ułożyło się nader pomyślnie.


Tydzień po maratonie w Krynicy Azarek miał termin ślubu ze swoją Anią. Maraton był więc znakomitą okazją do utwierdzenia tradycji wyjazdów kawalerskich, którą rozpoczęliśmy przed ślubem Buliego. Termin ogólnie okazał się korzystny, a sam maraton był naprawdę ciekawym wyzwaniem, no i w końcu to był wyjazd kawalerski więc frekwencja musi być!! Oprócz warczącego kawalera, w Krynicy zamierzał wystartować Buli, Wojtek (wszak to jego rodzinne strony), ja oraz nasz maratonowy debiutant Abdul. W ostatniej chwili zdecydował się także brat Azara Paweł i tym sposobem na starcie stanęło sześć szprych. Należy dodać, że nasze ambicje były spore Buli zdecydowanie nastawiał się na GIGA, ja mimo że 3h limit trochę mnie niepokoił także chciałem spróbować sił na najdłuższym dystansie, no i w końcu Azar też się nad tym zastanawiał. Niestety rzeczywistość miała nam dać kolejną lekcję pokory wobec górskich tras...


Dzień do jazdy był wręcz idealny, kilkanaście stopni, słońce z trudem przebijające się przez chmury a na trasie świeże błotko będące owocem intensywnych opadów w ciągu poprzedniego tygodnia no i jeszcze wspaniała atmosfera w peletonie w którym było mnóstwo naszych znajomych. No i punktualnie o 11 ruszyliśmy absolutnie nieświadomi tego co nas czeka. Na początek może dwukilometrowy odcinek po asfalcie, potem szuter i 3 kilometrach skręciliśmy w teren. Pierwszy był Buli, który zadbał o dobrą pozycję na starcie za nim jechał Wojtek, który także nieźle się ustawił ze swoją Krynicką ekipą, Nasza pozostała czwórka startowała z samego końca. Paweł szybko został z tyłu i jechaliśmy w trójkę ja Azar i Abdul. Jechaliśmy teraz lekko pod górę coraz węższą drogą, to co od razu było widać to że błota będzie naprawdę dużo, ale dla nas to mogła być tylko dobra wiadomość. Jak zawsze radośnie rozjeżdżaliśmy kałuże, które większość osób starała się jeszcze omijać. Nasze nastroje stawały się coraz weselsze, a przy okazji systematycznie przesuwaliśmy się do przodu. Gdy pojawiały się zjazdy fun był oczywiście jeszcze większy, jednak nie byliśmy się w stanie utrzymać razem. Na zjazdach oczywiście było bardzo ślisko i niebezpiecznie co dawało mnie kolosalną przewagę nad gorzej technicznie przygotowanymi zawodnikami, których w peletonie jest sporo. Tak więc na zjazdach jak zawsze zyskiwałem najwięcej, jednak z racji że podjazdy były również ciężkie, cały czas poprawiałem swoją pozycję, wypatrując Wojtka, którego miałem nadzieję dogonić. Niestety gdy zbliżyliśmy się do Tylicza spod kół znów doszedł nieprzyjemny odgłos toczenia się ciężkich górskich opon po asfalcie. Jednak i tu miałem powód do zadowolenia, gdyż chłopak którego wyprzedziłem na ostatnich metrach zjazdu, popatrzył na mnie i spytał Ty jesteś z Krakowa, po czym nie czekając na odpowiedź dorzucił no to chodź na koło! No i tym sposobem pognałem za chłopakiem 40 po asfalcie zostawiając z tyły zdezorientowanego Abdula, bo Azar już wcześniej się zawieruszył z tyłu. Na kole utrzymałem się tylko jakiś czas, bo jakoś przemęczanie się na asfalcie mnie nie przekonuje, wolę nabrać sił na walkę w terenie. Na Rynku w Tyliczu zaczęliśmy łagodny 2km podjazd na którym postanowiłem wszamać małe conieco, dogonił mnie wtedy Abdul i znów jechaliśmy razem.


Po chwili skręciliśmy w polną drogę, która wraz z zielonym szlakiem prowadziła na Dzielec. Podjazd był taki o, ale im dalej jechaliśmy w las tym było ciekawiej, bo przybywało błota i tutaj znów zaczęło się wyprzedzanie, Abdula zostawiłem z tyłu a sam z radością ale w pełni skoncentrowany kręciłem raźno przed siebie. Wyprzedzałem i pod górę i w dół zostawiając za sobą wiele osób które mocno narzekały na błoto. Nie mówię że miejscami nie podprowadzałem, czasem trzeba było, ale raczej jechałem. W pewnym momencie ku mojemu zaskoczeniu ujrzałem koszulkę bikeWorld Vitesse teamu. Okazało się że to Aga Krok, w życiu nie wyprzedziłem na maratonie nikogo z tej drużyny więc pomyślałem że pewnie miała defekt i pojechałem dalej bo akurat był do długi, trudny zjazd po błocie i przede wszystkim trzeba było uważać jak się jedzie. Całe szczęście nikt nie robił problemów żeby go wyprzedzić i w naprawdę szybkim tempie wyprzedzałem kolejnych zawodników. Oczywiście bawiłem się przy tym przednio. W końcu zobaczyłem kolejną koszulkę bikeWorldu, oczy ze zdumienia przecierałem gdy okazało się że wyprzedzam Mikołaja, no ale cóż wirtuozem techniki nie był on nigdy. Pognałem w dalej w dół już szutrową drogą, kilkaset metrów dalej był bufet. Dojeżdżając do bufetu w końcu dojrzałem Wojtka.


Zatrzymałem się jednak na chwilę żeby uzupełnić wodę i żarcie, oraz wykrzyknąć do kamery że maraton jest super. Pożyczyłem jeszcze komuś komplet kluczy i pojechałem dalej. W między czasie wyprzedził mnie Mikołaj, który zdążył mi jeszcze powiedzieć jak bardzo mu ten maraton nie leży:) Uśmiechnąłem się do siebie i pojechałem dalej drogą która łagodnie pieła się w górę wzdłuż potoku. Wyprzedziło mnie tu parę osób, jednak w końcu znów zaczęło się robić trudniej i zacząłem odrabiać straty. W końcu dopadłem Wojtka, który widząc mnie na bufecie zwolnił nieco. Wojtek też bawił się doskonale i był w wyśmienitym humorze. Miał też nad nami jedną, ale istotną przewagę - znał trasę. No i tak wśród rozmowy zaproponował mi że jeśli wyjadę kolejny podjazd to stawia mi skrzynkę piwa. Postanowiłem tanio skóry nie sprzedawać i powiedziałem mu żeby dorzucił do tego jeszcze swój rower. Wojtek zgodził się i na to, nie była to zbyt dobra wróżba...


Chwilę później przed nami wyrósł Ostry Wierch, a w zasadzie ściana po której musieliśmy dostać się na jego szczyt. O podjeżdżanie absolutnie nie było mowy, tak naprawdę to ciężko było tam nawet wyjść. Początkowo jeszcze wszyscy mieli dobre humory i żartowali: Droga!! Lewa wolna!!! i dalej jednak szliśmy tym było gorzej i humor był coraz bardziej ordynarny i nienadający się do cytowania. Podejście było po prostu przegięte, a ja niestety zupełnie nie byłem na to przygotowany. I tak rozradowany Wojtek który dokładnie wiedział co się święci parł do góry a ja zostawałem coraz bardziej z tyłu. W końcu jednak udało mi się wdrapać na ten szczyt ale kosztowało mnie to wiele sił i znacznie skruszyło moją wolę walki. Co prawda ze szczytu oczywiście był zjazd na którym znów wyprzedziłem wiele osób i praktycznie znów jechałem zaraz za Wojtkiem, jednak coś we mnie pękło, noga przestała podawać i przestało mi się chcieć, ni mniej ni więcej - dopadł mnie kryzys. Dalsza część trasy prowadziła podjazdem polną drogą. Parę osób robiło sobie postoje ja jednak starałem się jechać, jednak ostatecznie, mając jeszcze Wojtka w zasięgu wzroku, doszedłem do wniosku że nie ma sensu dalej tak jechać i muszę odpocząć. Zaparkowałem więc w cieniu, wyciągnąłem drożdżówkę i zacząłem spokojnie się posilać. Po paru minutach przyjechał Abdul, spytał czy jeszcze chwilę będę siedział i po uzyskaniu pozytywnej odpowiedzi usiadł obok i też wyciągnął bułę. W tym czasie wyprzedziło nas wiele osób, m. in. Aga Krok, jakiś gość który rozwalił kask i wiele innych osób które serdecznie dość miały tego maratonu. Była to jednak dopiero połowa trasy.


Dalsza część trasy prowadziła raczej szutrowymi drogami, nie było już takich ogromnych ilości błota i innych atrakcji. Nie znaczy to jednak że było łatwo, na całej trasie nie było ani kawałka po płaskim, zawsze zjeżdżało się lub podjeżdżało. Wydawało się, że dalszą część trasy pojadę już Abdulem, no bo razem zawsze raźniej. Przejechaliśmy kolejne wzniesienie, i dojechaliśmy do drugiego bufetu, nie tracąc zbyt wiele czasu pojechaliśmy dalej. Limit czasu na drugą pętle minął już dawno, a my wciąż nie dotarliśmy do rozjazdu, to było dość dołujące, ale teraz trzeba było po prostu dotrzeć do mety, na drugą pętlę i tak chyba nikt by się nie wypuścił. Za bufetem czekał nas kolejny szutrowy podjazd, tym razem to Abdul jechał szybciej niż ja, niestety żeby nie było zbyt kolorowo zerwał mu się łańcuch. Spytałem się go tylko czy ma wszystko i czy sobie poradzi i powoli potoczyłem się dalej. Chwilę potem wyprzedził nas pilot oznajmiając, że jedzie lider!! Cóż to już był nokaut, lider nam tylko śmignął, chwilę potem drugi zawodnik z giga wyprzedzając nas prosił o smar do łańcucha i tyle go widzieliśmy. Kilkaset metrów dalej nikt już nie miał siły jechać i wszyscy prowadzili rowery, ja w końcu też się poddałem, bo te pierwsze dwadzieścia kilometrów w błocie mimo wszystko kosztowało mnie wiele sił. Po kolejnym zjeździe w końcu ukazał się nam dawno juz zamknięty zjazd na drugą pętlę. Był tu też dodatkowy bufet, na którym w locie chwyciłem kupek izotonika i pojechałem dalej. Do mety było jeszcze 10km raczej aż 10 niż tylko 10. Na tych ostatnich kilometrach największe żniwo zebrała dezinformacja, bo niektórzy myśleli że do mety jest bliżej. Ogólnie ten odcinek dość zapamiętałem jako dość fajny, dużo było fajnych ścieżek po lesie, jednak problemem była ta niewiedza ile jeszcze podjazdów, ile przyjdzie się męczyć?? Wiadomo było że meta już jest blisko, jednak ile górek przed metą zmieścili organizatorzy to trudno było przewidzieć. Ja jednak czułem tą metę dość dobrze i mobilizowałem się jak mogłem żeby na podjazdach stracić jak najmniej, a na zjazdach oczywiście grzałem jak zawsze. Trzeba przyznać że zjazdy na tym ostatnim odcinku były bardzo wymagające i wiele z nich było zabezpieczanych przez medyków. Oczywiście zjazdy te znacznie podnosiły moje morale i chęć walki


Zanim jednak dotarłem do mety wyprzedziło mnie jeszcze czterech GIGAntów. Ostatni, z Kellysów zrobili to tuż pod szczytem Góry Parkowej. A na Parkowej atmosfera była fajna bo stało sporo kibiców, być może przyszli dopingować czołówkę GIGA, ale i mięczaków z MEGA też wspierali. W każdym razie gdy zobaczyłem że jestem na Parkowej wiedziałem że jestem już w domu. Jedyne co mnie zaskoczyło to drogowskaz który pojawił się na początku tego ostatniego zjazdu Zjazd Łatwy w prawo, Zjazd Trudny prosto. Wybór był prosty i oczywisty puściłem się w dół po dość stromej ściance usłanej koleinami i innymi niespodziankami. Zjazd był naprawdę wymagający i w pewnej chwili już widziałem siebie zaliczającego piękny lot nad kierownicą, jednak udało mi się opanować rower. Co do zjazdu łatwego to szedł on serpentyną a wersja trudna była na przełaj. Na zjeździe udało mi się jeszcze wyprzedzić kilka osób a potem już prosta do mety i wielka radość że udało się znów dojechać do mety całym i zdrowym.


20 min po mnie na mecie zameldował się Abdul. Buli też nie zdążył na limit i został najszybszą szprychą, zaraz przed Wojtkiem i przede mną. To wszystko jednak nie było ważne, bo nadal nie było widać braci Idzi. O ile po Pawle nie spodziewaliśmy się dobrego czasu, to Azar powinien się na mecie zameldować dość szybko. Gdy na mecie było już całe X-free, oraz inni nasi znajomi, Azar nie odbierał telefonu i było o nim nic wiadomo. W końcu jednak na horyzoncie ukazała się roześmiana jak zawsze twarz Azara. Jeden rzut okiem na jego rower tłumaczył wszystko, Azar znów urwał przerzutkę! Było to na 15km, ale Azar postanowił mino wszystko dotrzeć do mety, Przerobił Authora na single speeda i uparcie zmierzał do mety, a jako że nie zależało mu na wyniku to po drodze pomagał jeszcze wszystkim potrzebującym pomocy: ustawiał hamulce i przerzutki itp. Po prostu cały Azar: wola walki, optymizm i uśmiech!! Kaski z głów!!!! Ponadto Azarek zaliczył kilka ładnych gleb i miał mocno poobijane nogi i na pewno można było stwierdzić, że do wesela to się nie zagoi. A Azarek dzwoniąc do swojej Ani poinformował ją radośnie: Kochanie twarz mam całą:)


Kolejne 40 minut niecierpliwie czekaliśmy na Pawła, który jako jeden z ostatnich zawodników dotarł na metę. Był to dla niego jeden z pierwszych wyjazdów w roku, także przejechanie tej trasy można było uznać za duży sukces:) Ostatecznie więc wszystkie szprychy mimo wielu przygód ukończyły ten arcytrudny maraton. Przy okazji zawody te miały rangę Nieoficjalnych Mistrzostw Polski w Maratonie MTB.

Podsumowując maraton ten bardzo nam się podobał, gdyż jak mało, który był po prostu piekielnie trudny i trzeba było niebywałego hartu ducha, siły i motywacji, aby go ukończyć, tym bardziej chciałbym z tego miejsca pogratulować tej garstce osób (w tym jednej dziewczynie), którzy pokonali dystans Giga!! Oby takich maratonów było jak najwięcej, bo kolarstwo górskie nie polega na zapieprzaniu po płaskich szutrach z średnią prędkością 35 tylko właśnie taka walka jaka była w Krynicy. A wszystkich wrażeń z tego maratonu i tak się nie da opisać, kto nie był niech żałuje!!!


Dodatkowo chciałem także podziękować kibicom, którzy przyjechali z nami na ten maraton: Agacie, Gosi i Maćkowi.

Autor relacji:

miszczu komin

login nr m-ce open m-ce kat. czas rating open rating
buli
M2
2627 170 / 425 85 / 158 04:28:17 69,311% 69,311%
wojtek_bleble
M3
3737 248 / 425 77 / 151 04:54:49 63,073% 63,537%
miszczu komin
M2
2549 287 / 425 121 / 158 05:11:06 59,772% 59,772%
abdul
M2
2548 345 / 425 139 / 158 05:32:37 55,905% 55,905%
azari
M2
2550 411 / 425 155 / 158 06:35:53 46,971% 46,971%
paweł
M2
2551 421 / 425 158 / 158 07:18:30 42,406% 42,406%

* rating - czas zawodnika / czas zwycięzcy kategorii
** rating open - czas zawodnika / czas zwycięzcy wyścigu



Uczestnicy:

abdul
Artur
Gleby: 1
azari
Piotr Idzi
Gleby: 3
buli
Dominik Grządziel
Gleby: 1
miszczu komin
Przemek Mrozek
wojtek_bleble
Wojciech Łazowski
paweł
Paweł Idzi
Gleby: 3

Zdjęcia:

Tagi:

maraton Beskid Sądecki wyjazd kawalerski Krynica

Komentarze:

wojtek_bleble
Wojciech Łazowski
09:24 25.03.2010
ehh... aż miło powspominać :) szczególnie teraz gdy w lesie jeszcze śnieg, odwilżowe bagno i tylko po czarnym można kręcić...

Dodaj komentarz: