Data: 17.07.2004, sobota

Niespodziewany i przykry koniec

Trasa: II Krakowski Maraton MTB
Dystans: 48 km
Rowerzystów: 2
Gleb: 0
Gum: 0
Wakacje w pełni, niby to dobrze, ale wszyscy gdzieś wyjechali. Akurat Buli był w Krakowie, więc zgadaliśmy się na rower. Postanowiłem skorzystać z okazji i dokładnie przejechać trasę maratonu. Należy też zaznaczyć, że Buli po raz pierwszy jechał w teren w swoich nowych SPD.

Wyruszyliśmy ode mnie, jechało nam się bardzo dobrze. Nie forsowaliśmy tempa, bo robiło się coraz upalniej. Pierwsza niespodzianka spotkała nas za Szczyglicami, remont mostu na Rudawie. Nie było żadnej alternatywnej kładki więc cofnęliśmy się trochę i przejechaliśmy autostradą :). Potem podjechaliśmy pod radar. Po drodze był dość trudny zjazd, ale obeszło się bez incydentów. Za radarem postanowiłem po raz kolejny zmierzyć się ze znalezioną trasą Northshore. Tym razem poszło mi znacznie lepiej, ale… no jeszcze tam wrócę i to przejadę. Buli nie zaryzykował przejechania po tej wąskiej bądź, co bądź konstrukcji, a przerwę wykorzystał na szamanie kanapki. Pojechaliśmy dalej, no i dotarliśmy do miejsca, w którym ostatnio się zgubiliśmy. Tym razem też nie łatwo było znaleźć właściwą drogę, ale byliśmy uparci i się udało. Dotarliśmy do miejsca gdzie planowany jest pierwszy bufet, za nim wjeżdża się na kolejny stromy i dość trudny zjazd. Trudny jest zwłaszcza po obfitym deszczu, o czym się sam przekonałem, bo wyhamowałem dopiero na samym dole, inna sprawa, że aktualnie mam z tyłu slicka, który przy hamowaniu zachowuje się jak narta. Mimo wszystko dałem radę, czego nie można powiedzieć o Bulim. Zaliczył dwie gleby i dalej sprowadzi rower. Ponoć po założeniu SPD podwyższył sobie siodełko, póki nie trafił na porządny zjazd było OK :) Całe szczęście Buli jak i jego rower byli w pełni sprawni i pojechaliśmy dalej do Kleszczowa, gdzie jak zwykle uzupełniliśmy zapasy w jednym z niewielu na naszej trasie sklepów. Teraz przed nami był długi prosty w nawigacji i jeździe odcinek. Mieliśmy za sobą już ponad połowę drogi i jechaliśmy najbardziej odludną częścią trasy przez piękne lasy. I właśnie w tak niedostępnej i pięknej scenerii nasza wycieczka zmieniła się w dramatyczne doświadczenie. Przejeżdżaliśmy właśnie w poprzek jaru, niby nic wielkiego: łagodny zjazd przechodzący w stromy podjazd z kilkoma niewielkimi korzeniami na początku. Właśnie na jednym z tych korzeni Buliemu poślizgnęło się koło, przewrócił się na bok, lecz nie zdążył się wypiąć i upadł na bark. Niestety upadł tak nie fortunnie, że go wybił. No i zrobiło się nie wesoło nie mógł nawet sam wstać, nie mówiąc o możliwości dojechania gdziekolwiek. Po chwili konsternacji i bezradności zaczęliśmy działać. Znalazłem Buliemu kij, na który mógł opierać rękę i ruszyliśmy w stronę najbliższych zabudowań, jednocześnie myśląc co dalej. Po chyba 3 km marszu (ja prowadziłem oba rowery) zaczęliśmy dzwonić po transport, skończyło się na tym, że zabrali nas moi rodzice, za co im bardzo dziękujemy. Na pogotowiu Buliemu nastawili ramie i wpakowali na gips na 6 tygodni. Życzymy mu jak najszybszego powrotu na rower.


Autor relacji:

miszczu komin


Uczestnicy:

buli
Dominik Grządziel
miszczu komin
Przemek Mrozek

Tagi:

brak

Komentarze:

brak

Dodaj komentarz: