Data: 9.08.2005, wtorek

Koniec wakacyjnej przerwy - czas zacząć jeździć!

Trasa: niebieski szlak Korzkiew - Mników
Dystans: 82 km
Rowerzystów: 3
Gleb: 0
Gum: 0
Skończyły się różnorakie wojaże i przyszedł czas ponownie wskoczyć na nasze rumaki. A czas na to najwyższy, bo już niedługo maraton w naszym rodzinnym Krakowie.

Na początek Azar rzucił pomysł, aby przejechać niebieski szlak łączący, innych pomysłów nie było, więc ten został automatycznie przyjęty. Na wycieczkę skusił się jeszcze Buli, a wielkimi chęciami wykazał się również Marcin, który jednak nie wstał:/. Spotkaliśmy się tym razem nietypowo przy źródełku w Witkowicach i bez zbędnych ceregieli ruszyliśmy szlakiem rowerowym w stronę Zielonek i dalej ku Dolinie Prądnika. Pogoda była bardzo dobra, nieco ponad 10 stopni, znośny wiaterek, trochę chmur, no i było też świeże błotko w ilościach niezakłócających jazdy. Po prostu było idealnie.


Wyruszając spod Zamku w Korzkwi mieliśmy wspaniałe nastroje, nie pogorszył ich nawet długi (jak na naszą kondycje) nudny asfaltowy podjazd, albowiem po każdym podjeździe przychodzi zjazd, a cieszy on po dwakroć, gdy wiedzie terenem:) I tak znaleźliśmy się ponownie w Dolinie Prądnika, którą równie szybko opuściliśmy kolejnym, tym razem błotnisto kamienisty podjazdem. Jako że jechaliśmy już dłuższą chwilę, postanowiliśmy się zregenerować i wyciągnęliśmy prowiant. Posiłek jak zawsze dodatkowo poprawił i tak już doskonałe samopoczucie, więc raźno ruszyliśmy w stronę Doliny Kluczwody, która jest wyjątkowo bujnie zarośnięta w lecie. Po jej przejechaniu pozostało nam kilka pamiątek typu poparzenia pokrzyw i przemoczone buty po przeprawach przez strumień. To wszystko jednak nas nie zrażało nas wcale, gdyż właśnie opuszczaliśmy na chwilę niebieski szlak, aby zajrzeć do naszej ulubionej Dolinki Bolechowickiej. Dzielił nas od niej jeszcze jeden podjazd, ale to nie był problem. Wiedzieliśmy że tym razem nie będzie łatwo i ... się nie myliliśmy, zaczął Buli, od gleby na samym wjeździe, mnie tylko raz obsunęło się koło. Gdy przejechaliśmy pierwszy odcinek, okazało się że nie ma Azara. Przyjechał po chwili dołem wąwozu, gdyż nieco wcześniej stoczył się ze zbocza przy okazji wyginając prawą klamkę:) Azar w ogóle nie czuł zbytnio roweru, kilkaset metrów w dalej zapomniał sobie skręcić na zakręcie, w którym naprawdę ciężko było się nie zmieścić:) Ale przynajmniej było zabawnie. Pod Bramą Bolechowicka jak zwykle zrobiliśmy postój, aby ochłonąć po wrażeniach, które niezawodnie dostarcza nam za każdym przejazdem Dolinka Bolechowicka.


Dalej Nasza trasa wiodła do Zabierzowa, trochę szuterku i asfalciku, potem kładka przez tory w Zabierzowie... tutaj z Bulim pokusiliśmy się z Bulim o zjechanie z dość stromych i śliskich drewnianych schodów, co wywarło niewątpliwie duże wrażenie na starszych paniach. Z resztą poczekały one na dole aż skończymy nasze wyczyny i będą mogły bezpiecznie wejść na górę, nie czyniąc nam przy tym żadnych wyrzutów.
Pozdrawiamy zatem serdecznie wszystkich życzliwych rowerzystom mieszkańców Zabierzowa.


Kolejny etap naszej trasy wiódł przez Las Zabierzowski, zaczęliśmy tradycyjnie od... zgubienia szlaku:) Jednak kierując się 6zmysłem znaleźliśmy go po kilkunastu minutach. Dalszy jego przebieg był nam już doskonale znany i jechaliśmy jak po sznurku. Teraz skupialiśmy się na walce z błotnistymi podjazdami, zaskakująco głębokimi kałużami błota (jedną z nich odkrył Azar) oraz ogarniającym nas głodem. Temu ostatniemu postanowiliśmy zaradzić czyniąc kolejną przerwę w dobrze znanym rowerzystom sklepie w Kleszczowie.


Dodatkowe paliwo bardzo pozytywnie wpłynęło atmosferę. Najbardziej widać to było oczywiście u Azara, który przejechał przez wszystkie chyba kałuże w Dolinie Brzoskwini, a było ich niemało. Zresztą pewna część tych kałuż znalazła się na mnie, ale tak to już jest jak się jedzie obok rozbrykanego Azara. Po wyjechaniu z Dolinki, Azar postanowił ścigać się z dziadkiem na Pelikanie, w efekcie znów musieliśmy się cofać na właściwą trasę:)


Na deser została nam Dolina Mnikowska, tutaj co prawda nie ma wielu technicznych specjałów, ale ma ona swój niepowtarzalny klimat. Można by nią gnać na złamanie karku, gdyby nie trzy drzewa które zagradzają drogę :/ Tu kończyła się nasza trasa, teraz został tylko brzydki asfaltowy kawałek do Kryspinowa, dodatkowo umilony deszczem. Ale w Kryspinowie, mimo solidnego już zmęczenia (no może nie u Buliego) postanowiliśmy skręcić jeszcze w stronę Lasku. Złapaliśmy, więc zielony szlak by jeszcze raz poczuć błoto i kamienie pod kołami. Jako, że byliśmy całkiem konkretnie ubłoceni postanowiliśmy wracać przez Rynek, a potem wielce zadowoleni rozjechaliśmy się do domów:)

Autor relacji:

miszczu komin


Uczestnicy:

azari
Piotr Idzi
buli
Dominik Grządziel
miszczu komin
Przemek Mrozek

Tagi:

Dolinka Bolechowicka

Komentarze:

brak

Dodaj komentarz: