Data: 11.08.2005, czwartek

Rekonesans trasy krakowskiego maratonu

Trasa: III Krakowski maraton MTB
Dystans: 86 km
Rowerzystów: 3
Gleb: 0
Gum: 0
Już wkrótce rusza III Krakowski Maraton MTB, oczywiście jak zawsze zamierzam w nim startować, tym razem jednak prawdopodobnie uda nam się wystawić warczącą drużynę. Tak czy inaczej postanowiliśmy przeprowadzić pierwszy trening, a w zasadzie rekonesans trasy wyścigu.


Trasa w zasadzie nie różni się od zeszłorocznej, więc nadal jest wymagającą i kondycyjnie i technicznie. Dodatkowo trudność wzrasta z pogorszeniem pogody, o czym mieliśmy okazję się przekonać.


Zebraliśmy się najtradycyjniej jak to możliwe o 9 pod Grunwaldzkim. Zanim wyruszyliśmy dwie panie bardzo pozytywnie zagaiły nas, że sądząc po wyglądzie naszych maszyn (ubłocone były wzorcowo jak zawsze) to używamy ich zgodnie z przeznaczeniem. Uśmiechnęliśmy się do siebie i pomyśleliśmy, że nigdy chyba nie prały rzeczy po synach uprawiających podobny sport, ani nikt im zabłoconego roweru do domu nie wnosił:) I tym optymistycznym akcentem rozpoczęliśmy naszą wyprawę. Nieśpiesznie przetoczyliśmy się w stronę Błoń, skąd startuje maraton i dalej już coraz żwawszym tempem w stronę ZOO. Przy okazji cały czas opowiadałem chłopakom jak ta trasa wygląda w praniu i czego mogą się spodziewać, bo trochę inaczej to wygląda, gdy na trasę wpada ponad 1000 osób, którym bardzo się spieszy. Zresztą zawsze jak jadę trasą zawodów to wspomnienia odżywają i opowiadam... opowiadam..


Takich wycieczek nie lubię tylko z jednego powodu, non stop muszę wyciągać mapę, bo nie mogę nigdy zapamiętać, co wymyślili organizatorzy. Zawsze wolałem swoje trasy, mimo że te też są bardzo fajne. W każdym razie przez Lasek przejechaliśmy szybko, w Szczyglicach na chwilę zatrzymaliśmy się przy sklepie, ale cały czas trzymaliśmy niezłe (jak na brak formy) tempo, postoje ograniczając do minimum. Po dojechaniu do Lasu Zabierzowskiego czekał nas pierwszy fajny zjazd:) tym razem obyło się bez ofiar i spokojnie przystąpiliśmy do pokonywania podjazdu po Zapałkę, na górze sprawdziliśmy drogę i znów w dół iii.... hmmm chyba jednak niedokładnie sprawdziłem tą drogę :/. Ale nic to azymut, 300m podjazdu i już jesteśmy na trasie i pniemy się dalej do asfaltu. To jakże niesłuszna ideologicznie nawierzchnia przemieszczamy się kilkaset metrów, oczekując niecierpliwie, najtrudniejszego zjazdu na całej trasie. Nie zawodzi nas, adrenalina była, tylko dzięki temu, że byliśmy na niego przygotowani i że Azar prowadził znacznie pewniej niż we wtorek nikt nie leży. Krótka przerwa na ochłoniecie i jedziemy na górę do Kleszczowa na tradycyjną przerwę przy sklepie. Tak miło się siedziało, że chłopaki nie chcieli się ruszyć, ale jak już odjechaliśmy to i tak nie daleko.... szybko okazało się ze zeszło mi powietrze z tyłu:/, chyba jestem tegorocznym rekordzistą, cóż przerwa się przedłużyła.


W końcu dzięki dętce Azara ruszyliśmy dalej, mieliśmy przed sobą mniej wymagający odcinek trasy, 10 km trochę w dół trochę płasko, po lasach czasem troszkę techniki, bardzo przyjemnie generalnie. Po drodze minęliśmy miejsce gdzie rok temu Buli wybił bark;) Tym razem obeszło się bez dramatycznych wydarzeń. I tak dojechaliśmy do Doliny Mnikowskiej, którą odwrotnie niż dwa dni temu jechaliśmy pod górę. Cóż przyjemność to trochę mniejsza, ale za to jest czas żeby przyjrzeć się jej pięknie, a jest na co popatrzeć!! W każdym razie podjazd ten jest nieco męczący, najbardziej z nas wszystkich miał dość Azar. Mimo to walczył dzielnie, a zostało nam jeszcze trochę do przejechania. i to aktualnie raczej pod górę. Trzeba było więc zrobić zasłużony odpoczynek, który wypadł nam w Brzoskwini.


Posiłek jak zawsze dodał nam skrzydeł i raźno oraz wesoło ruszyliśmy przed siebie, mimo że w naszych nogach nie było już tyle świeżości, co rano. Ale nieugięcie jechaliśmy do przodu w końcu dojechaliśmy do Balic i czekał na nas jeszcze tylko Lasek. Zdobyliśmy go bardzo leniwie, przy akompaniamencie coraz mocniej trzeszczących łańcuchów. W moim przypadku okazało się, że łańcuch po prostu piszczał z bólu i na samej górze się rozleciał:/ Cóż, mimo, że było tak blisko potrzebna była kolejna przerwa techniczna. Potem ruszyliśmy żwawo w dół i oczywiście po raz kolejny pomyliłem drogę, ale szybki azymut wszystko wyjaśnił. No i nadeszła pora na ostatnie starcie z grawitacją, czyli podjazd Białą Drogą, podobno 25% nachylenia, kto wie może i to prawda, generalnie blatu tam chyba nikt nie używa, a już na pewno nie my. Mimo występujących problemów ze zmianą przełożeń wszyscy wyjechali na szczyt i w nagrodę mogli pokonać finałowy zjazd, dość trudnym trawersem, potem już tylko troszkę asfaltu i byliśmy na Błoniach, dodać należy bardzo zadowoleni;)


Autor relacji:

miszczu komin


Uczestnicy:

azari
Piotr Idzi
buli
Dominik Grządziel
miszczu komin
Przemek Mrozek

Tagi:

brak

Komentarze:

brak

Dodaj komentarz: