Pasmo Policy

22.12.2009, wtorek
Wspomnienie niesamowitej wycieczki majowej pasmem Policy. Przyroda sprawiła, że trasa była wtedy ekstremalnie urozmaicona, jednak i bez dodatkowych atrakcji zasługuje na szprychową rekomendację. Tekst był publikowany w portalu bikeworld.pl, pod oryginalnym tytułem "Polica East Face Expedition". Fotki dostępne są tutaj.
[autor zajawki: sara]

Piątek, 13 maja 2005 wstrząsnął moim rowerowym życiorysem. Głównym celem tego dnia było zdobycie szczytu, leżącej na pograniczu Beskidu Makowskiego i Żywieckiego Policy (1369 m n.p.m.). Kiedy podejmowałem wyzwanie, nie przypuszczałem, że wycieczkę, o której myślałem w kategoriach zapowiadającej się dość niewinnie, będę teraz opisywał, jako jedno z najlepszych wspomnień. Nadspodziewanie urokliwa trasa, bardziej jednak zaskoczyła poziomem ekstremy, a przede wszystkim jej charakterem. Było pięknie… ekstremalnie pięknie.

Tyle w charakterze zajawki, teraz zacznę od początku. Pomysł zrodził się w umyśle Marcina, który podczas rytualnego przeglądu prasy w Empiku zatrzymał się przy stoisku z mapami, gdzie w oczy rzuciła mu się ta z Beskidem Makowskim, a na niej tytułową Policą (która tak naprawdę należy już do Beskidu Żywieckiego, ale ze względu na tytuł mapy umówmy się na określenie Makowski). Niezwłocznie podzielił się ze mną swoją wizją, co po kilku dyskusjach doprowadziło do odłożenia na później, planowanego pierwotnie na ten weekend drugiego pojedynku z Beskidem Wyspowym […]. Kluczowym argumentem był fakt, iż Beskid Makowski jest od Wyspowego mniej… wyspowy, czyli przemieszczając się z jednego szczytu na drugi, nie zjeżdża się do poziomu niemal zerowego i nie zdobywa wysokości od początku, gdyż po osiągnięciu pierwszego wierzchołka porusza się już po grani i zdobywanie kolejnych mniej boli, bo przewyższenia są niższe, a podjazdy mniej strome. Miało to zaowocować jazdą znacznie luźniejszą i bardziej płynną od dawania z buta, epizodycznie przerywanego chwilami kręcenia, podczas wspomnianego wyżej wyjazdu, kiedy zdobywaliśmy Ćwilin (1072 m n.p.m.). Tak to przynajmniej się zapowiadało, kiedy jechaliśmy palcem po mapie planując trasę. Byliśmy więc nastawieni na solidny, ale nie za ostry trening, przed planowaną na bliską przyszłość dogrywką w Beskidzie Wyspowym.

Spośród rozlicznych koncepcji logistycznych, ostatecznie stanęło na tym, że pojedziemy samochodem i zostawimy go w Makowie Podhalańskim, skąd na rozgrzewkę mieliśmy popedałować asfaltem do Bystrej, gdzie zaczyna się czerwony szlak prowadzący przez mniejszej sławy szczyty na znaną Halę Krupową, Policę i wylatujący na przełęcz Krowiarki (dalej ciągnie się przez Babiogórski Park Narodowy, ale tam z rowerami niestety nie ma wstępu – nawet, jeśli się je tylko prowadzi). Nas Krowiarki tym razem nie interesowały, dlatego planowaliśmy odbić na Kiczorce w szlak żółty, zjechać nim na Mosorny Groń i tam rezygnując z dalszej jazdy za znakami namalowanymi na drzewach, zjechać do Zawoi trasą znanego nam z wyjazdów narciarskich wyciągu. Po dotarciu do centrum tej największej pod względem powierzchni, polskiej wsi, planowaliśmy jeszcze urozmaicić trasę odbijając trochę na zachód innym czerwonym szlakiem, prowadzącym przez niższe już wierzchołki do Suchej Beskidzkiej, skąd asfaltem mieliśmy wrócić do pozostawionego w Makowie auta. Nakreśliłem już wygląd ostatecznej wizji, przejdę więc do tego, jak zweryfikowała ją rzeczywistość.

Przezornie postanowiliśmy zabezpieczyć dużą ilość czasu na wyprawę, dlatego w Makowie stawiliśmy się już chwilę przed 8 rano. Zaparkowaliśmy w miejscu sprawiającym wrażenie bezpiecznego, to znaczy na przydworcowym parkingu – niestrzeżonym, ale za to ulokowanym naprzeciwko komisariatu policji. Nie nerwowo wyciągnęliśmy rowery z bagażnika i zaczęliśmy się przy nich krzątać, przebierać i w oparciu o obserwowane warunki pogodowe podejmować ostatnie decyzje co do ekwipunku. W powietrzu czuć jeszcze było wyraźny, poranny chłodek, jednak świecące słoneczko oraz ilość i rodzaj chmur wyraźnie informowały, że pogoda nam dopisze […]. Ostatecznie do boju ruszyliśmy o godzinie 8:32. Spokojnym tempem zaczęliśmy kręcić w stronę Jordanowa. Był to najmniej przyjemny odcinek trasy, ponieważ droga ta jest dość ruchliwa, a zimne jeszcze powietrze, szczególnie na początku mroziło nieco paluszki. Ale nie mieliśmy wyboru – taki wariant był najlepszy do realizacji naszego planu dotyczącego zasadniczej, górskiej części trasy. Nie trwało to na szczęście długo, bo główną drogą mieliśmy do przejechania tylko 10 km i to po płaskim, nawet z lekką tendencją w dół – może nie najprzyjemniejsza, ale na pewno dobra rozgrzewka.

Przed skrętem na Bystrą, w Osielcu zatrzymaliśmy się na chwilę pod jednostką straży pożarnej, by rozbroić się ze zbędnych już warstw ubrania, gdyż w międzyczasie temperatura odczuwalnie wzrosła. Ruszyliśmy w stronę Bystrej i od razu zrobiło się przyjemniej. Pusta droga pozwalała bardziej docenić uroczy, wiosenny krajobraz, którym delektowaliśmy się jadąc znacznie wolniej niż wcześniej. Na przejeździe kolejowym mieliśmy dużo szczęścia, bo tuż za nami zamknęły się szlabany. Mimo to wiedziałem już, że i tak oznacza to dla nas kolejny postój, do którego zmuszą nas marcinowe zainteresowania kolejnictwem. Choć mnie to nie kręci zupełnie, przyznam, że nawet ten przejazd wyglądał tam ładnie. Najbardziej urzekła mnie budka dróżnika, umieszczona na sporym pagórku, z którego mógł obserwować zarówno nadjeżdżające z obu stron pociągi, jak i samochody oraz rowery oczywiście. Marcin cyknął fotkę samym torom i semaforom, a potem temu czemuś, co tamtędy przejeżdżało – nawet on nie wiedział co to dokładnie jest, ale odgrażał się, że kiedyś to ustali. Po tej sesji zdjęciowej udało nam się już bez postojów dojechać do centrum Bystrej, gdzie w dość efektownie wyglądającym markecie chcieliśmy uzupełnić prowiant o rogaliki z czekoladą, jednak podobnie, jak wcześniej w Makowie, nie szło ich tam dostać. Stwierdziliśmy, że przeżyjemy bez nich, więc po kontrolnym zerknięciu na mapę wjechaliśmy na odbijający do góry czerwony szlak, co oznaczało długo oczekiwane rozstanie z asfaltem.

Kawałek dalej, kiedy mijaliśmy ostatnie zabudowania, na pożegnanie z cywilizacją wyskoczył na nas piesek, na szczęście niewielki, więc mimo ambitnej pogoni, musiał stosunkowo szybko uznać naszą wyższość. Wtedy zostaliśmy już tylko my, nasze rowery i otaczająca przyroda. Jadąc cały czas delikatnie pod górę znaleźliśmy się w lesie, gdzie szeroką drogę wysypano niedawno kamieniem, który nie zdążył się jeszcze ubić. Odcinek wyglądający z pozoru niemal na autostradę, zaczął nam coraz bardziej utrudniać życie, gdyż w miarę wzrostu nachylenia wymagał coraz więcej siły i techniki potrzebnej do pokonania osuwających się często pod tylnym kołem kamieni. Jazdę po tego rodzaju nawierzchni zakończyło wypłaszczenie, na którym droga ta była poszerzona, przybierając formę placyku. Idealne miejsce na postój kanapkowy, zwłaszcza, że było gdzie usiąść, ponieważ ułożono tam pnie niedawno ściętych drzew. Posileni ruszyliśmy dalej, za czerwonym szlakiem. Nie było już rozsypanych kamieni, za to od tego miejsca zaczęły się konkretne nachylenia, co w połączeniu z leżącymi liśćmi lub/i rozmiękczonym po wcześniejszych deszczach podłożem zmuszało momentami do zejścia z rowerów i pchania ich pod górę. Proporcja między jazdą, a dawaniem z buta była jednak o wiele bardziej wyważona od tej, która tkwiła w naszej pamięci po wypadzie w Beskid Wyspowy, dlatego nie narzekaliśmy specjalnie na taki stan rzeczy. Zresztą nastawieni byliśmy, że ostrzej będzie tylko do pierwszego szczytu, a potem jazda będzie już płynna. Długo nie mogliśmy natomiast zaobserwować spodziewanego po poprzedzających nasz wyjazd deszczach, błota. W końcu zaczęło się pojawiać, jednak jego ilości (i głębokości) nie były szokujące. Wbrew temu, czego można było oczekiwać, wcale nie ten element miał się okazać głównym czynnikiem wpływającym na poziom ekstremy naszej wycieczki. Ale o tym później. Póki co, nieświadomi czekających nas jeszcze atrakcji, zbliżaliśmy się do pierwszego szczytu. Zanim tam dotarliśmy przejeżdżaliśmy przez godny wspomnienia ze względu na swoją urodę obszar porośnięty buczyną. Srebrne pnie tych drzew, sprawiających wrażenie specjalnie posadzonych w równych rzędach, zlewały się w trakcie jazdy z prześwitującym pomiędzy nimi błękitem nieba dając niesamowite efekty kolorystyczne. Obaj byliśmy pod wrażeniem tego widoku, toteż nie omieszkaliśmy go uwiecznić na zdjęciach. Wspomniany prześwitujący błękit oznaczał bliskość pierwszego wierzchołka, który jak wynika z mapy, tak naprawdę był siodłem pomiędzy dwoma, omijanymi przez szlak wzniesieniami – Cuplem (877 m.n.p.m.) i Drobnym Wierchem (mapa nie podała jego wysokości). Wypłaszczenie było jednak na tyle znaczne, że patrząc na przekrój trasy można je umownie potraktować jako pierwszy szczyt. Była tam nieco podmokła polana, z której można było podziwiać pierwszą na trasie panoramę. Charakterystyczny dla tego miejsca jest też początek zielonego szlaku prowadzącego do Osielca, a następnie wiodącego przez właściwy Beskid Makowski. My jednak kontynuowaliśmy wycieczkę za czerwonym, mającym w naszym wyobrażeniu doprowadzić nas od tego momentu gładziutko na halę Krupową, z której następnie mieliśmy przez Złotą Grapę atakować szczyt Policy.

Na początku rzeczywiście wszystko szło zgodnie z oczekiwaniami – kawałek zjazdu, trochę wypłaszczeń, niewielkie wzniesienia, do tego śladowe ilości błota – po prostu jechało się aż za dobrze;) Z czasem jednak podjazdy na niektóre szczyty okazywały się trochę cięższe niż się spodziewaliśmy – generalnie wyjeżdżalne, ale wymagające nieco pary w nogach i techniki, zwłaszcza, kiedy pojawiało się więcej kamieni. Przyroda zafundowała nam dodatkowo na tym odcinku innych, znacznie bardziej skutecznych zabójców tempa wycieczki. Były nimi wiatrołomy, które najpierw zdawały się być ciekawym urozmaiceniem, a ich przekraczanie dobrą zabawą, godną pstryknięcia kilku fotek, później jednak nasz entuzjazm nieco wygasł. Zsiadanie co chwilę z roweru, po to, by przenieść go nad kolejnym leżącym świerkiem, na dłuższą metę wybijało z rytmu i bardzo spowalniało przemieszczanie się do celu. Marcin po pewnym czasie nie krył swojej irytacji i zaczął przeklinać leśników, że nic z tym nie robią. Okazało się, że nie do końca miał rację, bo po długich i ciężkich bojach, ku naszemu zaskoczeniu musieliśmy uciekać z drogi przed nadjeżdżającym z naprzeciwka ciągnikiem leśnym, holującym pień zwalonego drzewa. Uciekaliśmy i to daleko, bo on sam był szerszy niż ta droga, co mu wcale nie przeszkadzało w jeździe, ponieważ zdolności terenowe miał bardzo duże – uniemożliwić przejazd mogłyby mu chyba tylko dwa rosnące zbyt blisko siebie drzewa, między którymi po prostu by się nie zmieścił – naprawdę imponująca maszyna. Niestety jeden ciągnik (nawet taki wypasiony) i jeden obsługujący go kierowca, to trochę za mało, żeby tyle drzew uprzątnąć w rozsądnym czasie, więc kto wie ile tam tego jeszcze leży do dzisiaj.

Tuż za miejscem spotkania tego wehikułu, polana, powstała częściowo w wyniku powalenia drzew przez wiatr, odsłoniła przed nami piękną panoramę, której tło stanowił widok na Tatry. Ponieważ mieliśmy kiepski czas, nie mogliśmy sobie pozwolić na zbyt długie kontemplowanie tego pejzażu i po kilku fotkach ruszyliśmy znowu do boju. Mile zaskoczył nas wyraźny spadek zagęszczenia drzew leżących na drodze, co przełożyło się na znaczny wzrost tempa. Szybko pokonaliśmy kolejne wzniesienie, po którym naszym oczom ukazał się przepiękny widok na wystającą znad innego szczytu, ośnieżoną Babią Górę (1725 m.n.p.m.). Wyglądała iście alpejsko, robiąc niesamowite wrażenie. Mimo presji czasu nie mogliśmy tego nie uwiecznić. Kolejne szybkie zdjęcie i zaraz znowu trzeba było stanąć na pedałach, żeby nadrobić choć trochę czasu. Nawet się udało, bo na Halę Krupową wypadliśmy z dość dużym impetem i nawet trochę wcześniej, niż się spodziewaliśmy, choć obiektywnie było już dość późno – parę minut przed 14:30.

Było to kolejne piękne miejsce na trasie – obszerna hala ze wspaniałą, szeroką panoramą obu stron pasma Policy i pięknym drewnianym schroniskiem, do którego planowaliśmy wstąpić. Najpierw jednak urzeczeni urokiem hali zrobiliśmy kilkunastominutową sesje zdjęciową: widoków, naszych rowerów i wreszcie nas samych. Potem udaliśmy się do schroniska na pierogi ruskie. Tam spotkaliśmy parę pieszych, o której pewnie bym nie wspomniał, gdyby nie to, że byli to jedyni (!) turyści na całej trasie. Posileni, około 15:20 wyruszyliśmy w stronę Policy.
Zaczęło się od razu mocnym uderzeniem w postaci stromego podjazdu na Złotą Grapę (1247 m.n.p.m.), na tyle solidnego, że zrobiliśmy pod koniec krótki postój na doładowanie energii w postaci batona. Nie obeszło się bez fotek, bo zatrzymaliśmy się w miejscu z widoczkiem na to, co mieliśmy już za sobą. Miło tak obejrzeć się za siebie i zobaczyć Halę Krupową w dole, jednak trzeba było znowu zacząć patrzeć w przyszłość i jechać dalej. Szybko dotarliśmy do wypłaszczenia, potem przez chwilę delikatnie w dół i znaleźliśmy się na terenie Rezerwatu Policy. Po przekroczeniu jego granicy poczuliśmy wyraźny spadek temperatury powietrza, co wywołało od razu dyskusję czy i ile śniegu zobaczymy na szczycie góry będącej celem wyprawy. Sposób zaspokojenia naszej ciekawości był tylko jeden: dotrzeć tam. Zaraz zaczął się znowu wyraźny podjazd, na którym napotkaliśmy kilka powalonych drzew, co doprowadziło trochę już zmęczonego Marcina do lekkiej frustracji. Dobrze, że nie spotkaliśmy wtedy żadnego leśnika, bo by miał przechlapane. Teren ogólnie przestał sprzyjać jeździe i coraz częściej trzeba było zsiadać z roweru. Nieśmiało zaczęły się na naszej drodze pojawiać małe łaty śniegu, które omijaliśmy, by nie moczyć niepotrzebnie butów. Wraz ze zdobywaniem wysokości zaczęły jednak rosnąć i trzeba było bardziej kombinować, aby je obejść, aż w końcu okazało się, że te próby były daremne, bo nie było już którędy obchodzić śniegu… był po prostu wszędzie! Wiedzieliśmy, że szczyt jest kwestią kilkuset metrów, toteż podeszliśmy do tematu, jak do zabawy mającej trwać kilka minut. Najpierw pokornie pchaliśmy, jednak kiedy zrobiło się mniej stromo postanowiłem spróbować podjechać kawałek. Po fantastycznym, 50-metrowym rajdzie zaczęło mi buksować koło, które po chwili zdarło warstwę bardziej ubitego śniegu i nagle tył roweru zapadł mi się po osie – poważnie, tam było dobre 30 cm śniegu! Zszedłem więc z roweru, a ten jak się zapadł, tak został – dumnie w pozycji pionowej, wcale nie miał ochoty się przewrócić. Po chwili Marcin spróbował szczęścia na tym samym odcinku, co ja i efekt był identyczny. Byliśmy pod sporym wrażeniem, bo zakopanie roweru w śniegu, nie w zimie, tylko w połowie maja, było dla nas zupełnie nowym doznaniem. Po kilku podobnych przejściach, około 16:30 dotarliśmy w końcu na upragniony szczyt Policy. Może i nie mieliśmy zbyt suchych butów, ale za to braku dobrego nastroju nie można nam było zarzucić. Rozbawieni tym, co nas spotkało chwilę wcześniej i zadowoleni z osiągnięcia celu wyprawy spoglądaliśmy z dumą na Babią Górę, wobec której byliśmy już na „bardziej równorzędnej” niż wcześniej wysokości (1369 wobec 1725 m.n.p.m.). Na liczniku mieliśmy „aż” 30km… wydaje się nieprawdopodobne, jak dużo czasu potrzeba było, aby je pokonać. No ale w końcu chcieliśmy objechać ciekawą trasę, a nie nałykać się kilometrów. Ponieważ poza Babią niewiele było stamtąd widać, nie zabawiliśmy na szczycie długo. Po pamiątkowych fotkach ruszyliśmy na wspaniale zapowiadający się 6 – kilometrowy zjazd przez Kiczorkę, Halę Śmietanową i Mosorny Groń, do Zawoi. Byliśmy nastawieni na to, że na zachodnim zboczu śnieg też się skończy po kilkuset metrach, a dalej pójdzie już gładko i szybko… oj jak bardzo się wtedy myliliśmy!

Ruszyliśmy ostro, bo przecież śnieg nam niestraszny, jeśli będziemy trzymać odpowiednią prędkość… tak myśleliśmy przez dobre kilkadziesiąt metrów, dopóki znowu nie zapadliśmy się wraz z naszymi maszynami po ich osie. To był jeszcze jeden z tych momentów, kiedy taka sytuacja robiła na nas jakiekolwiek wrażenie. Kilkaset metrów dalej runęła bowiem ostatecznie nasza teza o symetrii pokrywy śnieżnej zalegającej na Policy. Po zachodniej stronie biała powłoka zupełnie nie miała ochoty się skończyć. Wszelkie analizy, także te dokonane przez nas później świadczyły o tym, że najszybciej byłoby zejść z rowerów i cały czas je prowadzić. Wrodzona ambicja nie pozwoliła nam jednak na to, dlatego z uporem maniaków rozpędzaliśmy nasze wehikuły od nowa, by po chwili wyciągać je znowu ze śniegu i próbować jechać dalej. Ze względu na bardzo nierównomierny charakter pokrywy śnieżnej, zarówno co do jej grubości, jak i stopnia ubicia, bardzo trudno było przewidzieć zachowanie roweru, dlatego zakopywaliśmy się często w miejscach, po których absolutnie się tego nie spodziewaliśmy. Skutkowało to nierzadkim przelatywaniem przez kierownicę – zwykle było na tyle czasu by wylądować na nogi, ale nie zawsze. Zresztą nie trzeba było się zakopać po osie, żeby wylądować w śniegu – jedną glebę zaliczyłem… prowadząc rower. Odniosłem wrażenie, że Marcin radzi sobie w tych warunkach lepiej od mnie, bo jakoś trochę rzadziej się zakopywał i zdecydowanie mniej razy skutkowało to przymusowym opuszczeniem roweru […]. Choć końca tej coraz bardziej męczącej zabawy nie było widać, nasz entuzjazm wcale nie gasł. Klimat był bowiem niesamowity. To, po czym zjeżdżaliśmy nie przypominało żadnej drogi – tylko znaki na drzewach i nieliczne ślady stóp sugerowały, że jesteśmy jeszcze na szlaku. Wąskie przesmyki między drzewami, ciasne zakręty brane bokami, zaspy, przez które udawało się przebić (lub nie) i inne tego typu techniczne wyzwania składały się na nieprawdopodobną zabawę.

Po 2,4 km takiej jazdy, która z powodu opisanych wyżej atrakcji zajęła nam mnóstwo czasu, dotarliśmy na Kiczorkę (1298 m.n.p.m.). Tam właśnie mieliśmy zrezygnować z dalszej jazdy odbijającym o 90 stopni w lewo czerwonym szlakiem, na korzyść rozpoczynającego się od tego szczytu żółtego. Nie było to zbyt wyróżniające się miejsce na trasie – mała polanka, bez widoku, ale i bez śniegu. Podskoczyliśmy więc sobie kilka razy, by śnieg z rowerów opadł na ziemię i ruszyliśmy za żółtym szlakiem. Zgadnij drogi czytelniku (lub jeszcze droższa czytelniczko) co zobaczyliśmy po przejechaniu kilkunastu metrów… tak, to był ŚNIEG. Do tego zrobiło się znacznie stromiej, więc dalsza jazda przerywana była czasem koniecznością sprowadzenia roweru, bo zjazd mógł być w kilku miejscach naprawdę ryzykowny. Znacznie ciekawszym od Kiczorki miejscem okazała się Hala Śmietanowa, z widokiem na Babią i okoliczne, zalesione góry. Naszą uwagę najbardziej przykuł Mosorny Groń, który znamy z wyjazdów narciarskich. Jak na polskie warunki jest to kawał góry do zjeżdżania, jednak stamtąd wydawał się być strasznie niski. Zresztą tam dopiero, tak naprawdę odnieśliśmy wrażenie, że jesteśmy wysoko. Mimo, że widać było głównie lasy, to krajobraz i relacje przestrzenne między widocznymi wzniesieniami, robiły duże wrażenie. Obowiązkowo cyknęliśmy fotkę naszemu narciarskiemu szczytowi i ruszyliśmy dalej.

Granicę „wiecznego śniegu” przekroczyliśmy około kilometra przed Mosornym Groniem, ale i wtedy trzeba było bardzo uważać na stromych zjazdach po śliskich korzeniach i mokrym po… niedawnych roztopach, podłożu. Końcówka dojazdu do Mosornego była już płaska i bardzo przyjazna. Pod szczytem, tak jak planowaliśmy, zrezygnowaliśmy z jazdy szlakiem i podeszliśmy kilkadziesiąt metrów pod górną stację wyciągu krzesełkowego, by za chwilę zjechać stokiem do Zawoi – po zrobieniu kilku fotek oczywiście. Jak na zastosowania rowerowe, trasa jest całkiem wartka, więc układ hamulcowy miał sporo pracy. Spore utrudnienie stanowiły, usytuowane w poprzek stoku rowy odwadniające, wypełnione kamieniami, prawie do poziomu gruntu obok. Właśnie to „prawie” sprawiało pewien kłopot, ale dało się przez takie coś przejechać, pod warunkiem odpuszczenia hamowania w odpowiednim momencie. Potem wartało jeszcze odpowiednio szybko złapać znowu za klamki, bo inaczej nabierało się błyskawicznie nieadekwatnej do takich warunków prędkości. Ciekawsze motywy były dwa i oba związane ze… śniegiem. W górnej części trasy, stok ma lekkie nachylenie boczne, przez co podczas zjazdu znosiło nas z każdym metrem coraz bardziej na łatę śniegu, która ostała się jeszcze w zacienionym miejscu. Ostatecznie ja się wybroniłem mijając ją obok, ale Marcinowi trochę zabrakło wysokości, co przypłacił efektownym fikołkiem, którym przypieczętował nasz remis w ilości „gleb” tego dnia […]. Na drugą łatę, znajdującą się na stoku wjechaliśmy obaj i to specjalnie, bo była ulokowana na wypłaszczeniu, które sobie uatrakcyjniliśmy efektownym najazdem na tą pozostałość z wielkiej zaspy, jaką ratraki usypały tam pod koniec sezonu (inaczej śnieg by się w tym nasłonecznionym miejscu nie utrzymał). Na szczęście nie skończyło się to równie efektownymi glebami, ale trzeba było mocno się oprzeć o kierownicę, żeby przez nią nie przelecieć. Potem już tylko ostatnia ścianka, przerwana wykopaną w poprzek na sezon letni gruntową drogą, która zmusiła nas do przeniesienia tam rowerów […]. Dla mnie to i tak było jedyne na stoku miejsce, którego nie przejechałem, więc byłem z siebie zadowolony. Obaj zresztą dobrze się na tym odcinku bawiliśmy, bo zjeżdżanie po trasie, którą zna się z nart daje dużą satysfakcję. Po pokonaniu wspomnianej drogi zostały już tylko ostatnie, pozbawione dodatkowych atrakcji metry finałowej ścianki i dotarliśmy do drogi asfaltowej w Zawoi.

Będący w pobliżu ludzie trochę dziwnie się na nas patrzyli, najwyraźniej niecodziennie dwóch oszołomów na rowerach pojawia się tam niewiadomo skąd i jeszcze po stoku narciarskim zjeżdża. Nie spotykając na całej trasie nikogo oprócz ciągnika leśnego i jego kierowcy, oraz dwóch pieszych w schronisku mogliśmy się zresztą spodziewać takiej reakcji miejscowych. Daliśmy im się chwilę nacieszyć naszym widokiem zatrzymując się, by popatrzeć z dołu na to, z czego zjechaliśmy. Spojrzeliśmy też na licznik, na którym było prawie… 36 km. Marny wydawałoby się dystans, a naprawdę nas dość mocno wykończył, dzięki rozmaitym atrakcjom, jakie wcześniej zafundował. Ponieważ było już późno, postanowiliśmy odpuścić terenowy przejazd do Suchej i zjechać asfaltem prosto do Makowa, zwłaszcza, że nadspodziewanie duży poziom ekstremy wycieczki w pełni takie posunięcie usprawiedliwiał.

Asfalt sprawił, że zaczęliśmy jechać z niespotykanymi od dawna prędkościami, dzięki czemu przypomnieliśmy sobie o istnieniu takiego zjawiska jak opór powietrza… niesamowite uczucie, na początku czuć było każde najmniejsze zawirowanie powietrza na wszystkich częściach ciała. Szybko się jednak przyzwyczailiśmy do tych warunków i później nie działo się już nic szczególnego. Przyjemnym i bardzo długim zjazdem, w blasku zachodzącego słońca, dotarliśmy do opustoszałego już dworca w Makowie, gdzie czekało nasze auto. Było to około 20, czyli… 11,5 godziny po rozpoczęciu wycieczki.

Na licznikach 57,82 km, w nogach i całej reszcie, mocne zmęczenie, a w głowach nieprawdopodobne wspomnienia z fantastycznej wycieczki, jaka nam się trafiła – tak krótko można określić nasz stan fizyczny i duchowy w tamtym momencie i jeszcze długo po nim. Liczyliśmy wcześniej na ciekawy wyjazd rowerowy, ale to, co nas spotkało, przerosło wszelkie oczekiwania i wprawiło w ogromny zachwyt nad pięknem pokonanej trasy, w szczególności jej drugą częścią, dokładnie odcinkiem Hala Krupowa – Zawoja Policzne (dół stoku narciarskiego).

Relacja ta, choć do najkrótszych nie należy, stanowi i tak tylko namiastkę naszych przeżyć. Przyczyna jest prosta – czegoś tak niesamowitego nie da się dobrze oddać słowami. Jedyny sposób, to doświadczenie tego samemu, do czego gorąco zachęcam. Polecam przy tym przeznaczyć na wyprawę podobną ilość czasu, co my, bo trasa jest naprawdę wymagająca. Wprawdzie w bardziej sprzyjających warunkach (mniej powalonych świerków i brak śniegu), z pewnością można objechać ją znacznie szybciej, jednak nasze doświadczenia wskazują, że nigdy do końca nie wiadomo, czym zaskoczy… i to jest właśnie piękne!

[autor tekstu: sara]

Tagi:

Polica Hala Krupowa Jordanów Bystra Pasmo Policy Zawoja stok narciarski Mosorny Groń

Autor:


Michał Sarapata

Komentarze:

brak

Dodaj komentarz: