Wyjazd wielodniowy: 31.07.2009 (piątek) - 3.08.2009 (poniedziałek)

Szlak Nadmorski

Ten wyjazd został wybrany jako najlepszy wyjazd w sezonie 2009!

Mapa Szlak Nadmorski - dzień 1 Mapa Szlak Nadmorski - dzień 2 Mapa Szlak Nadmorski - dzień 3 Mapa Szlak Nadmorski - dzień 4 Trasa: polskie wybrzeże
Dystans: 430 km
Rowerzystów: 7
Gleb: 0
Gum: 0
Charakterystyka:
Wyjazd wielodniowy
Wyjazd szosowy

Trekking... a co to?

Trekking chodził nam już po głowie od jakiegoś czasu. Nie licząc samotnych prób co poniektórych - jako szprychy nie mieliśmy okazji spróbować tego typu aktywności rowerowej. Pojawił się w końcu fajny pomysł, przejechania Czerwonego Szlaku Nadmorskiego. Oficjalnie nazwanego - Szlak Nadmorski im. dr. Czesława Piskorskiego lub Szlak Nadmorski Bałtycki (w zależności od województwa w którym przechodzi). Zaczyna się w Świnoujściu, kończy w Żarnowcu. Ma niecałe 380km. Postanowiliśmy spróbować zrobić go w 4 dni. Dzięki temu, wystarczyło załatwić 2 dni urlopu + 2 dni weekendu. Zwiększało to szansa na lepszą frekwencję. Plan mimo wszystko był dość ambitny. Dziennie trzeba było robić około 100km. To nie jest dużo, ale przytroczone sakwy, zmieniają perspektywę.

Było trochę problemów z terminem wyjazdu. Pierwsze podejście z początkiem lipca nie wyszło. Zapowiadało się, że trekking znów przesunie się na następny sezon, ale szczęście Wojtek z MCim ugadali się na przełom lipca i sierpnia. Nie długo później reszta załogi zaczęła się dołączać i ostatecznie zebrało się nas 7 osób. Spora gromadka :) Pozostało skompletowanie sprzętu, sakwy, namioty z marketu i w drogę!

Pociąg na wybrzeże

Dojazd na miejsce, to była jedna z moich największych obaw. Jak w miarę bezboleśnie przetransportować 7 rowerów wraz z właścicielami przez całą Polskę. Pojedynczy rower zawsze się gdzieś w pociągu zmieści - większa ilość generuje znacznie większy problem. Specjalnie szukaliśmy pociągu który miał posiadać wagony z miejscem na rowery. Niestety nie było takiego bezpośredniego połączenia. Znaleźliśmy opcje z jedną przesiadką - była to do zaakceptowania.

Odjazd popołudniu. Każdy w domu przeprowadza montaż sakw, wsiada na rower i doznaje szoku :) Waga roweru z bagażem - powala :) Taki komplet jest w zasadzie nie do oderwania od ziemi :) Na szczęście, jak już rozpędzi słonia, to nawet się to toczy.

Kraków Płaszów - zbieramy się Prawie w komplecie stawiliśmy się na stacji Kraków Płaszów. Aga miała się do nas dosiąść na Dworcu Głównym. I tu pierwsza niespodzianka - pociąg jest spóźniony i nie zdążymy na planowaną przesiadkę. Na szczęście sympatyczne panie z okienka poleciły nam inny pociąg. Co prawda nie posiadał przedziałów rowerowych ale był bezpośredni i startujący z Płaszowa. Podobno, jak już mamy bilety, a dany pociąg nie posiada przedziałów rowerowych, kierownik pociągu ma obowiązek nas przewieźć, umieszczając nas na krańcach pociągu. Teoria teorią, ale na szczęście w tym przypadku, się udało. Nie można tego powiedzieć o powrocie, ale o tym później. Z powodu zmiany planów, ściągnęliśmy Agnieszkę na Płaszów - a raczej kazaliśmy jej samej się ściągnąć :) Pozostała cześć ekipy rozeszła się posilić lub polenić na peronie. Po podstawieniu pociągu zastawiliśmy kompletnie cały przód wagonu i rozsiedliśmy ze spokojem w przedziale. Mieliśmy nawet prywatną toaletę bo nikomu z pasażerów nie chciało się przedzierać przez korytarz zawalony rowerami :)

Sakwy zapięte, rowerki gotowe!

Ze Świnoujścia do... Dźwirzyna droga nie była krótka

Poranek pierwszego dnia - Świnoujście. Dobrze że była to stacja docelowa, bo zanim wygramoliliśmy się z pociągu, trochę czasu minęło. Przytraczamy sakwy do rowerów, dopakowujemy je do końca i w kręcimy! Początek poszedł sprawnie, szlak czasem gdzieś uciekał, ale szybko go łapaliśmy z powrotem. Po kilku kilometrach dojechaliśmy do Międzyzdrojów, gdzie pierwszy raz nasze rowery miały okazje zetknąć się z plażą. Przeprowadzamy szybkie testy, które rozwiewają nasze wątpliwości, powstałe podczas rozmów w pociągu. Jeżdżenie rowerem wzdłuż plaży - nie działa :) Przynajmniej nie z sakwami, albo nam to nie wyszło :) Korzystając z miłych okoliczności przyrody zaaplikowaliśmy śniadanie. Ruszyliśmy dalej, przejeżdżając przez Aleje Gwiazd. Później czekał nas przyjemny terenowy kawałek, z czasem odbijający trochę od wybrzeża. Minęliśmy najwyżej położony punkt, jakieś kilkadziesiąt m npm :) Kilometry uciekały i z czasem dokręcilśmy do Rewala, gdzie zapodaliśmy obiadek. Dalej były przed nami pierwsze tereny wojskowe, które ominęliśmy przejeżdżając przez Trzebiatów. W Trzebiatowie natknęliśmy się na Kościół Mariacki :) Znamy już jeden z Krakowa, ale ten trzeba przyznać, był niczego sobie. Może nawet fajniejszy :) Weszliśmy na szczyt wieży, skąd można było zobaczyć płaskie, choć urokliwe tereny nadmorskie. Mieliśmy tam już dość jazdy, ale nocleg miał być przy wybrzeżu. Klimat musiał być :) Zostało jakieś 10 km do Mrzeżyna i następne 10 km do Dźwirzyna. Na końcu Dźwirzyna znaleźliśmy wielki kemping, który był pierwszym noclegiem.

Szosa do RewalaPierwszy dzień jechało się bardzo fajnie. Rowerki dzielnie sunęły do przodu. Bez większych przerw, zrobiliśmy 115km. Byłem zadowolony z odległości jaką pokonaliśmy. Ale to pierwszy dzień, więc każdy był jeszcze na świeżo. Na dużym polu namiotowym, zrzuciliśmy rowery w kupę, tworząc tzw. żółwia :) Część ekipy wyszła sprawdzić zaopatrzenie okolicznych budek z piwem, pozostałe ludki testowała namioty marki Carrefour i Tesco :)

Fotka w Kołobrzegu

Dzień drugi - już nie tak świeżo

Pierwsze zwinięcie naszego małego obozowiska, trwało chwilę. Za to każdego następnego dnia nabieraliśmy wprawy :) Po pierwszych obrotach korb, nogi przypomniały sobie wczorajszy dzień. Szybko dotarliśmy do Kołobrzegu, pierwszego większego miasta. Strzeliliśmy parę standardowych fotek na tle większch statków i jedziemy dalej. Przed Sianożętami, przecinamy lotnisko areoklubu i 16sty południk geograficzny. Dalej szlak prowadzi cały czas wybrzeżem, co jakiś czas prezentując malownicze zatoczki. Zatoczki skutecznie spowalniają jazdę - są po prostu za ładne i trzeba się zatrzymać:)

Za Mielnem, dotarliśmy do Łazów. Zgodnie z przeprowadzonymi testami, nie zdecydowaliśmy się na pokonywanie piaszczystej części szlaku, więc odbijamy na Rzepikowo i Iwęcino. Wsie oddalone 5km od wybrzeża. Zastajemy tam zupełnie inny klimat. Turyści tam nie istnieją, kramiki z kolorowymi balonikami również. Na myśl przychodzi “wsi spokojna, wsi wesoła”. Choć pewnie na codzień wcale nie jest tam tak wesoło. Na pewno, jest jakoś tak pusto. Do wybrzeża wróciliśmy w Dąbkach i za Darłowem rozbiliśmy namioty. Tym razem przed spaniem, zaliczyliśmy klimatyczne winko zagryzane serem na plaży :)

Liczyłem na podobny dystans jak wczoraj, ale się przeliczyłem. Nie pękło nam 100km. Trochę komplikowało to sprawę.

Go go go! Czyli kręcimy do oporu

Plan na dziś był na tyle ambitny, że nie każdy wierzył w powodzenie. Jeżeli chcieliśmy ukończyć szlak, musieliśmy jechać dziś bardzo dużo, aby nadrobić wczorajsze kilometry i jeszcze trochę. Na ostatni dzień musieliśmy zostawić mniej dystansu. Na dodatek miejsca noclegowe układały się dość niefortunnie. Kilkanaście km przed Łebą nie było żadnego sensownego noclegu. Aby wszystko skończyło się powodzeniem, musieliśmy dojechać do Łeby.

Klimatyczny dojazd do JarosławcaEkipa na starcie rozbiła się na część zasadniczą i grupę pościgową. Co ciekawe, grupa pościgowa - w składzie ja i Ania - ruszyła wcześniej od części zasadniczej :) Szybko jednak role się odwróciły, gdy zahaczyliśmy o mszę w najbliższej miejscowości - Jarosławcu. Dojazd do Jarosławca był jednym z piękniejszych odcinków szlaku. 6 rano, wzdłuż brzegu, jadąc budziliśmy tylko motyle, które uciekały z przed naszych kół. Bajera :)

Za Jarosławcem ruszyliśmy w pościg :) Omijając drugie na trasie szlaku tereny wojskowe, musieliśmy nadrobić trochę kilometrów. Do Ustki dojechaliśmy jakieś 1,5h za szprychami. Uzupełniając zapasy wody i jedzenia, ruszyliśmy do Rowów. Na trasie do Rowów, zdecydowanie przeważał teren. Niesamowicie zmniejszyło nam to średnią jazdy. Ostatecznie jednak, ten kawałek okazał się najładniejszym fragmentem całego szlaku i był zdecydowanie warty przejechania :) Dotarliśmy do Rowów, które znaliśmy z zeszłorocznych wakacji - zdecydowanie bardziej stacjonarnych. Zaliczamy obiadek i myślimy co dalej.

Miedzy Rowami a Łebą znajduje się jezioro Łebsko. Jezioro bardzo duże, które trochę komplikuje sprawę dotarcia do Łeby. Szlak prowadzi trasą wzdłuż wybrzeża. Jest to jednak 30 km po piasku. Ładne, bo wydmy, morze, bez żadnych plażowiczów. Niestety, raczej polecane jako spacer więc koncepcje jazdy po plaży trzeba było ubić. Chyba, że ktoś ma dużo samo zaparcie i tyle samo czasu.

Jezioro można ominąć szosą przez Żelkowo, Rzuszcze i Wicko. Całość to 70km dość ruchliwej szosy. Trzecia możliwość - przejazd bliżej jeziora, przez okoliczne wioski (Kluki, Izbica, Gać). Niestety pomiędzy nimi jest fragment bagienno szuwarowy, zupełnie nie dostosowany do rowerowej jazdy. Szprychy postanowiły uderzyć szosą. Dystans większy ale dość zmęczył je terenowy kawałek do Rowów. Nam po zjedzonym obiadku nie bardzo widziała się opcja przejechania jeszcze 70km wiec zaryzykowaliśmy opcje bagienną.

Trasa naokoło jeziora Łebskiego, w tle niemieccy trekingowcyDo wsi Kluki posiadałem mapę, później pozostała jazda na czuja. Szosowy kawałek Łebskim Parkiem Narodowym był bardzo przyjemny. Dalej pozostało trochę szosy i szlak skręcał w pole. Miało być bagiennie i było. W pewnym momencie można było już tylko prowadzić rowery. Towarzyszyła nam okoliczna flora w postaci rożnego rodzaju robaczków, która umilała spacer, gryząc po nogach, szyji i bardzo obniżając morale. Wiedziałem że przed nami jeszcze kilkanaście kilometrów do Łeby. Problem w tym, że mogliśmy pokonywać je zarówno godzinę, jak i trzy. Okoliczności przyrody były ciekawe - wysokie na 2 metry trawy, gdzieś w okolicy jezioro którego nie było widać a pod nogami błoto. Jednak trochę słabe miejsce na nocleg. Motywowało to do pchania roweru przed siebie.

Trochę otuchy dodała nam napotkana ekipa niemieckich trekkingowców którzy walczyli z tym samym problemem. Ciężko było się nam jakoś dogadać, ale grunt, że nie byliśmy sami.

Po kilku mniejszych kryzysach, i jakiejś godzinie, półtorej gdzieś w oddali pojawił się jakiś budynek. To było bardzo dobra wiadomość. Po jakimś czasie było widać kolejny i można było nawet wsiąść na rower. Kilometry zaczęły szybciej znikać aż w końcu dojechaliśmy do asfaltu. Dodatkowo nawet, znaleźliśmy się na mapie. Byliśmy już totalnie styrani ale do Łeby zostało maksymalnie 20 minut jazdy, bo pod nogami był już tak lubiany przez trekkingowe rowery - asfalt.

Szprychy na szosie również nie miały łatwo. Trasa którą jechali była bardzo gęsto uczęszczana przez samochody. W skrajnych przypadkach, Wojtek musiał nawet zjeżdżać na pobocze żeby nie zaliczyć czołówki z samochodem. MC, Wojtek i Aga pojechali szybciej aby jeszcze przed zmrokiem znaleźć nocleg w Łebie. Dotarli do Łeby jako pierwsi, w okolicach 20:00. Kilkanaście minut później my i za pół godziny Sara z Dorotką. Byliśmy w Łebie! :) Udało się :)

To był zdecydownie najtrudniejszy dzień. Część z nas, po tak ciężkim dniu, stwierdziła ze starczy już trekkingu. Ja nie zastanawiałem się nad przyszłością dnia jutrzejszego i chciałem iść spać. Ale Wojtek nie dał za wygraną. To głównie z jego inicjatywy, zebraliśmy 4 osobową ekipę która, następnego dnia miała dotrzeć do czerwonej kropki, oznaczającą początek i koniec Czerwonego Szlaku Nadmorskiego.

Standardowa procedura wieczorna - namiot, piwko, kąpiel, spanie - została wykonana. Budziki Wojtka, Sary, mój i Ani nastawione.

Na czerwoną kropkę!

Poranek chłodny i wilgotny nie motywował do wstawania. Za to jak już wstaliśmy, zebraliśmy się bardzo szybko i sprawnie.

Fotka finisherów :)Trasa ostatniego dnia prowadziła przez malutkie wioski, a szlak przy swoim końcu odbijał od wybrzeża, by zakończyć się w Żarnowcu. Wydaje się, to dość dziwne, bo poza niedoszłą elektrownią atomową nie ma tam nic wyjątkowego. W związku z tym, mieliśmy ominąć Żarnowiec i pojechać bardziej atrakcyjnym kawałkiem do samego Władysławowa. Ale z racji, że się zgubiliśmy - ostatecznie pojechaliśmy czerwonym szlakiem do samego końca :) Czego efektem są zdjęcia przy czerwonej kropce.

Dalej już pojechaliśmy przez Krokową, docierając z powrotem do wybrzeża w miejscowości Karwie. Końcówka dość mocno uczęszczana przez samochody doprowadziła nas do samego Władysławowa. Stamtąd mieliśmy zawinąć pociągiem do Gdańska. Została nam jakaś ponad godzina do odjazdu, mięliśmy wiec ostatnią okazję żeby zakosztować gorących kąpieli w naszym morzu. Udaliśmy się na plaże. Tam dołączyliśmy do niesfornej części plażowiczów, którzy wbrew zakazom ratowników, postanowili wejść na chwile do wody. Podobno były jakieś prądy, które na szczęście nas nigdzie głębiej nie wciągnęły :) Chwilę później siedzieliśmy już w osobówce, do Gdańska, gdzie spotkaliśmy się z Dorotką i MCim.

Powroty, powroty

Pozostała nam tylko powrotna podróż do Krakowa. Pociąg startował z Gdańska, wiec liczyliśmy na ten sam scenariusz co poprzednio. Zająć skrajny przedział. Tym razem jednak kierownik pociągu oznajmił że nas nie przewiezie bo nie ma miejsca na rowery. I tyle... Nie był skory do dyskusji, w związku z tym, my również bez większych dyskusji zaczęliśmy pakować się do pociągu. Nie wiadomo do końca jakby się to skończyło, gdyby nie - Orange Kino Letnie. Okazało się że do pociągu dołączony jest specjalny wagon kinowy który, uwaga... posiada wieszaki na rowery :) Co ciekawe, poinformowała nas o tym ochrona, a nie kierownik pociągu. Kierownik albo nie miał pojęcia o pociągu którego był kierownikem, albo po prostu był... Tak czy inaczej, znaleźliśmy wagon kinowy, gdzie faktycznie, mogliśmy zainstalować nasze rumaki. Sami zasiedliśmy w innych wagonach. I tak upłynęła podróż do Krakowa, a kolarze górscy zakończyli swój pierwszy wyjazd trekingowy.

Ale jest OK! :)

Trekking OK :)

Trekking okazał się bardzo fajna sprawą. Trzeba tylko przyzwyczaić się do tego, że roweru nie da się podnieść :) Za to, jak się już całość rozpędzi, to leci fajnie :) Czasu poświęconego, na jazdę w ciągu tych czterech dni wyszło nam sporo. Dokładając do tego rozkładanie i składanie namiotów, zostawała ledwo chwila na jakieś piwko. Chyba warto nastawić się na jakieś 80km dziennie. Tak żeby bez pośpiechu zatrzymać się w ciekawszych miejscach i mieć chwilę spokoju wieczorem.

W temacie samego szlaku - podobno da się przejechać przez tereny wojskowe, tylko trzeba dogadać się z wojakami. My nie chcieliśmy tracić na to czasu i je ominęliśmy. Objazd Jeziora Bukowo i tak jest bardzo klimatyczny, więc niewiele się traci. Jezioro Łebsko, polecałbym przejechać żółtym szlakiem - czyli tak jak opisałem w powyższej relacji. Mimo półtora godzinnego prowadzania roweru, zyskujemy na czasie. A parę godzin na ruchliwej ulicy, oprócz nabicia dużej ilości kilometrów nie dodaje nic ciekawego.

Podsumowując - Czerwony Szlak Nadmorski - na pewno warty przejechania.


Poniżej prezentujemy krótkie wpisy z relacji na żywo, prosto ze szlaku.

4.08.2009 - szlak złojony! :)

czterosobowa ekipa dotarła wczoraj do czerwonej kropki w Żarnowcu kończąc tym samym czerwony szlak nadmorski! :)

później jeszcze najtrudniejsza część szlaku, czyli powrót pociągami do domu, ostatecznie dzięki waganowi kinowemu orange również zakończyło się sukcesem :)

miejmy nadzieje, że wkrótce pojawi się bardziej obszerna relacja niż relacja live ;)

2.08.2009 - dzis na ostro

Cos kiepsko ta relacja live mi wychodzi :)

W kazdym razie wczoraj mielismy troche spokojniejszy dzien, ale tylko troche. Jakies 95km. Za to dzis nadrobilismy. Ekipa rozbila sie na grupe zassdnicza i grupe poscigowo. Grupa zasadnicza zrobila 140, grupa poscigowa 115 w tym wiecej terenu. Ostatecznie cel osiagniety, jestesmy w Łebie! Do konca szlaku pozostalo niewiele kilometrow. Niewiele tez czasu. Jak to wyjdzie, zobaczymy jutro. Dobranoc :)

1.08.2009 - Trekking daje rade

Po wczorajszej trasie wszyscy chyba stwierdzili ze daje radwme jezdzic z tymi sakwami :) 115km za nami, nocleg w Dzwirzynowie tuz przed kolobrzegiem.

31.07.2009 - Startujemy :)

Po lekkich zmianach planow pociagowych dotarlismy bezposrednim pociagiem do swinoujscia. Zastawiajac rowerami caly przod pociagu, robiac tym samym sobie prywatna toalete :)

Autor relacji:

azari


Uczestnicy:

azari
Piotr Idzi
mc
Michał
wojtek_bleble
Wojciech Łazowski
sara
Michał Sarapata
ania
Anna Idzi
dorotka
Dorota Radomańska
aga
Agnieszka Burczyk

Zdjęcia:

Tagi:

Szlak Nadmorski trekking morze

Komentarze:

sara
Michał Sarapata
16:39 4.08.2009
I tak dobrze, że pojawiły się jakiekolwiek wpisy na żywo:)

Czasu na rowerach spędziliśmy przecież nieznacznie tylko mniej niż na tegorocznym Trophy, a musieliśmy jeszcze rozbijać wieczorem namioty i pakować znów wszystko rano do sakw!

Generalnie wyjazd uważam za dość spektakularny sukces całej Ekipy:)
aga
Agnieszka Burczyk
23:36 7.08.2009
Aaaa brawo brawoooo! :D
zii
13:09 16.08.2009
halo, pozdrawiam was Szprychy;) Tez robilem ta trase, ale tydzien wczesniej;) no i od gdanska.... zalujcie ze nie przejechaliscie HELU w nocy;) oraz nie wbiliscie sie na poligony (ze dwa po drodze;), masakra byla tez z przejazdem pod wiatr plaza przez park slowinski....no i kurde caly Wolin jest masakrycznie swietny!;) ciao;)

Dodaj komentarz: