Data: 21.05.2011, sobota

Zielone deja vu

Mapa Greenway Kraków - Cieszyn Trasa: Greenway Kraków-Cieszyn, skrócony za Bielskiem starą drogą na Cieszyn
Dystans: 201 km
Rowerzystów: 2
Gleb: 0
Gum: 3
Powtórka z Greenwaya 2007 tyle że na opak, w przeciwnym kierunku. Wyposażeni w nawigację satelitarną i pewni siebie po intensywnych treningach i maratonach, byliśmy przekonani, że bez problemu podołamy. Nie uniknęliśmy jednak problemów z nawigacją, bo czasem zanki swoje, a track swoje. Do tego 3 gumy i troche zbyt lajtowe tempo o poranku złożyły sie na fakt, że w Bielsku-Białej zdecydowaliśmy się zjechać ze szlaku. Porażka to jednak nie była wycieczka była udana, a i pogoda tym razem dopisała. Przy okazji Sara objął prowadzenie w tabeli 2011 a Miszczu przekroczył granice 10 000km na szprychowych wycieczkach. Było dobrze!!

Turystyka extremalna powraca. Po czterech latach od pierwszego ataku na GreenWays, trasa ta wróciła na tapetę, ponownie jako uzupełnienie treningów do Beskidy MTB Trophy. Żeby się nie powtarzać postanowiliśmy ruszyć w przeciwną stronę niż ostatnio, czyli tym razem start z Krakowa. Zakładaliśmy, że będzie łatwiej, bo znaliśmy trasę, wiedzieliśmy na co się piszemy, byliśmy pewni że jesteśmy w lepszej formie i byliśmy uzbrojeni w nawigację GPS w postaci mojego Garmina Edge 500 z wgranym trackiem.
W ramach optymistycznego podejścia do sprawy postanowiliśmy ruszyć o 6:00 a nie jak ostatnio o 5:00. Ostatecznie, pomimo zainteresowania kilku osób, na trasę wyruszyliśmy ja i Sara. Oczywiście ,żeby nie było letko, Sara przyjechał z Baczyna...
Tym razem pogoda dopisała, poranne Słoneczko nie grzało zbyt mocno, ale zapowiadał się piękny dzień. Z braku Abdula, rolę fotografa pełniłem ja. Zanim ruszyliśmy spod Mostu Grunwaldzkiego, zrobiliśmy kilka fotek, by potem leniwie skierować się w kierunku wyznaczonym przez zielone znaczki. Kilometry nawijaliśmy na koła mozolnie, od czasu do czasu zaliczając drobne problemy nawigacyjne. Pierwszy raz nawigacyjnie zaskoczeni zostaliśmy w Mnikowie, oznaczenia szlaku prowadziły nas asfaltem, a track z oficjalnej strony szlaku, odbijał w Dolinkę Mnikowską. Pojechaliśmy w Dolinkę, bo tak przyjemniej, a dodatkowo, po nocnej wyprawie na Turbacz, zaufanie do tracków mamy spore.
W Dolince zrobiliśmy małą przerwę na jedzonko i kilka fotek. Potem ruszyliśmy dalej, track był w wersji lajt i pokazywał nam, że mamy jeszcze przeszło 50 godzin jazdy przed sobą. Trzeba było kręcić. Po 2,5 godzinach jazdy okrążaliśmy Zamek w Tenczynku i kierowaliśmy się w stronę Alwernii i dalej Lipowca. Za Alwernią track wyprowadził nas w maliny, trzeba było wyciągnąć mapę by znaleźć właściwą drogę. Potem jednak przed Lipowcem, GPS kilka razy pomógł nam w miejscach, gdzie oznaczenie było słabe lub zniszczone. Cały ten etap trasy był bardzo przyjemny, jechaliśmy sobie spokojnie, rozprawiając na wszystkie możliwe tematy. Rozmowy ucichły dopiero na podjeździe za Regulicami. 3 kilometrowy podjazd o nachyleniu dochodzącym do 15%, pierwszy raz podniósł nasze tętna do poziomu 4 a chwilami nawet 5 strefy. Potem jeszcze trochę skuterków i mogliśmy podziwiać panoramę Kotliny Wisły z perspektywy Wzgórza Zamku Lipowiec.
To był koniec pierwszego pagórkowatego etapu, teraz czekał nas 90 kilometrowy płaski etap.
Średnią w tym momencie mieliśmy słabą, ok 17km/h postanowiliśmy więc wykorzystać najbliższe kilometry na poprawę tego wskaźnika, zwłaszcza że czekał nas odcinek lekko w dół prostą drogo. I faktycznie gnaliśmy z prędkością ok 30 km/h, mimo że było pod wiatr. Asfalt skończył się szybko, wpadliśmy na szutrowa drogę wzdłuż wałów Wisły, gnaliśmy dalej, bo dobrze trzymał się nam tempo, do czasu aż trafiłem moją oponą szeroką na 1,25' na kamień, który spustoszył mi dętkę. Nie było rady, trzeba było łatać, zeszło nam na to trochę czasu, no i tempo już nie było potem to samo. Wkrótce jednak dotarliśmy do Oświęcimia. Nie mogliśmy sobie odmówić zdjęcia na stacji Dwory, gdzie 4 lata temu zrezygnowani zatrzymaliśmy się, by choć trochę odpocząć i schronić się przed deszczem. Tym razem nie było takiej potrzeby i szybko ruszyliśmy dalej, bo zaczynaliśmy już czuć potrzebę konsumpcji obiadu, który zaplanowany był w Pszczynie, od której dzieliło nas ok30km.
Te 30 kilometrów nie było lekkie. Za Oświęcimiem, głodni byliśmy na tyle, że zatrzymaliśmy się by skonsumować co nieco, Na 10 km przed Pszczyną znów złapałem gumę, co ponownie wybiło na z rytmu. Był to już 100 kilometr, więc nie było żartów. Niby było blisko, ale wyraźnie kończyły nam się moce, do samej Pszczyny jechaliśmy na oparach, myśląc tylko o obiedzie. W końcu dojechaliśmy i tak jak ostatnio zamówiliśmy pizze. Potem jeszcze lody i uzupełnienie zapasów w spożywczym i byliśmy gotowi do dalszej drogi.
Z Pszczyny ruszyliśmy w stronę Goczałkowic. Jakoś ciężko się nam rozkręcało, chociaż na drogowskazach zaczął pojawiać się Cieszyn, co było pozytywną zmianą. Z drugiej strony drogowskazy pokazywały 20km więcej niż GPS:/ do tego w okolicy zaczęła krążyć spora burza. A moje tylne koło znów ma małe ciśnienie, tym razem decydujemy się dopompowywać i jechać dalej. Ogólnie zaczęło się robić ciekawie. Gdy dojeżdżaliśmy do zapory Goczałkowickiej, znaki pokazywały, że szlak przechodzi na drugą stronę rzeki, jednak po kładce zostały jedynie przyczółki. Postanowiliśmy więc jechać dalej do zapory i tam odnaleźć szlak. Zresztą ostatnio też pogubiliśmy się przy zaporze. Za zaporą jechaliśmy, jechaliśmy, aż dotarliśmy do torów kolejowych. I wtedy zauważyłem, że mój GPS się zawiesił!! :/ Szybki restart i weryfikacja położenia. Postanowiliśmy nie przeprawiać się przez tory lecz pojechać normalnie do szlaku na stację Zabrzeg. Zaczyna lekko kropić, my pędzimy leśnym duktem wzdłuż torów i nagle łapie mnie skurcz pleców. Stajemy, Magnez Live od Sary i trochę rozciągania przywraca mnie do prawidłowego funkcjonowania, przy okazji małe żarełko. Znów jednak musimy się rozkręcać. Docieramy do Landku, gdzie zaczynają się kolejne podjazdy, podjeżdżamy do Rudzicy, gdzie 4 lata temu kupowaliśmy pelerynki.
Dalej trasa będzie już tylko pagórkowata, co obnaża fakt, iż do pełni mocy brakuje nam już sporo. Pozytywna wiadomość jest taka, że w sprawie dystansu to mój GPS ma rację, a nie drogowskazy. Przed Bielskiem GPS znów rozmija się z oznaczeniami, które wyraźnie prowadzą nową trasą. Wypadamy przy Auchan i … nie ma nic. Jedziemy na czuja, znajdujemy jeszcze jeden znak, ale potem już pustka. Postanawiamy wrócić do tracka. Kolejny podjazd i kolejne pompowanie mojej opony, z której uchodzi wciąż powietrze. Trafiamy na starą trasę, ale wciąż nie ma znaków, jedziemy po tracku, ale dochodzimy powoli do wniosku, że końcówkę będzie trzeba odpuścić. Szlak odnajduje się na ulicach Bielska, jednak po dojechaniu do ulicy Cieszyńskiej skręcamy prosto na Cieszyn. Rezygnujemy ze wspinania się na górki w okolicach Jaworza i okolic. Zaraz będzie się robić ciemno, lampki niby są, ale sił mało. Stara droga Bielsko-Cieszyn i tak daje się nam we znaki. Taki ładny interwał na koniec. No i to uchodzące powietrze, jeszcze w Cieszynie musiałem się zatrzymać, żeby dopompować!!!

Cóż znów się nie udało, walczyliśmy dzielnie, ale jednak ponad 200km na lekko uszosowionym góralu to sporo, zwłaszcza jak dojdą do tego mocno pagórkowate tereny. Pewnie przed kolejnym naszym Trophy spróbujemy znów...

Autor relacji:

miszczu komin


Uczestnicy:

miszczu komin
Przemek Mrozek
Gumy: 3
sara
Michał Sarapata

Zdjęcia:

Tagi:

Szlak Greenways 200

Komentarze:

aga
Agnieszka Burczyk
15:57 22.05.2011
Haha widzę, że walka o lidera gum jest zacięta :)
azari
Piotr Idzi
16:16 22.05.2011
Fiu fiu, Miszczu no gratuluje :) Trochę mi lżej jak Wy też tak punktujecie ;) Oprócz gum to też 10kkm szprychowych :)

No i gratulacje dwóch setek i z niecierpliwością czekamy na jakąś relacje i zdjęcia :)
miszczu komin
Przemek Mrozek
07:24 23.05.2011
No to foty dodane
azari
Piotr Idzi
18:31 23.05.2011
No ale to tak widać, że od połowy fotów już nie robiliście tylko kręciliście kilosy :)
sara
Michał Sarapata
19:33 23.05.2011
A niektórzy jeszcze w przerwach pompowali:P Dorzuciłem swoje trzy grosze z końcówki właśnie:)

Dodaj komentarz: