Data: 30.06.2007, sobota

JuraMaraton

Ten wyjazd znalazł się na 4. miejscu w rankingu najlepszych wyjazdów w sezonie 2007

Trasa: Częstochowa - Kraków (Rowerowy Szlak Orlich Gniazd)
Dystans: 190 km
Rowerzystów: 2
Gleb: 0
Gum: 1
Charakterystyka:
Wyścig / Maraton
Dawno temu, gdy zaczynaliśmy naszą przygodę z rowerami i dopiero poznawaliśmy podkrakowskie szlaki odkryliśmy, że istnieje szlak rowerowy prowadzący z Krakowa, aż do Częstochowy. Fragmentami tego szlaku poruszaliśmy się często gdyż prowadzi on bardzo fajną drogą za miasto, jednak cały czas kołatało w naszych myślach, że szlak ten ma ponad 180 km i że trzeba go kiedyś przejechać w całości i to najlepiej w jeden dzień. Fragment Kraków – Tenczynek – mieliśmy doskonale rozpracowany, czasem zapuszczaliśmy się też dalej do Paczółtowic, raz dotarliśmy z MCim aż do zamku w Rabsztynie. Była to jednak tylko 1/3 całości trasy. W 2007 roku w końcu zaczęliśmy ustalać i zapisywać cele na sezon, wśród nich znalazł się także Rowerowy Szlak Orlich Gniazd. Pewnie i tak niewiele by to zmieniło, gdyby nie fakt, że Grzegorz Golonko wraz z firmą Compass postanowili zorganizować wyścig na tej trasie. Cóż wyścig jak to wyścig, oprócz standardowych kosztów trzeba zapłacić startowe, w ramach, którego z istotnych rzeczy dostaje się w zasadzie obstawę trasy przez OSP i towarzystwo wielu rowerzystów o podobnych zainteresowaniach, którzy tego dnia jadą dokładnie tą samą trasą, co Ty, no i można jeszcze liczyć, że przy odrobinie szczęścia ktoś zrobi Ci jakąś fajną fotkę. O bufetach raczej nie ma co mówić, były dwa i to symboliczne z wydzielanymi porcjami, ale dzięki temu czołówka dostawała tyle samo co ogon wyścigu. Oznakowanie trasy sprowadzało się do znaków szlaku rowerowego, które jakie by nie były nie zapewniają, że nie zgubi się trasy. Podsumowując zapowiadał się 180 kilometrowy megamaraton na orientację. Rzuconą przez organizatorów rękawicę Warczące Szprychy podniosły w osobach mojej i Sary. Jako że obaj jeździmy bardzo podobnie i obaj dobrze orientujemy się w terenie oraz mamy doświadczenie w szukaniu małych czerwonych rowerków postanowiliśmy, że nie będziemy ze sobą rywalizować, lecz pojedziemy jako dwuosobowy Warczący zespół.


Do Częstochowy, gdzie wyznaczono start zawodów, przyjechaliśmy dzień wcześniej, jak wielu innych zawodników. Następnego dnia wstaliśmy wcześnie rano żeby zarejestrować się w biurze zawodów, które miało być otwarte od 5:00:) Biuro było otwarte z lekkim opóźnieniem, ale o tak wczesnej poże było to zrozumiałe. Po otrzymaniu numerów startowych, chipów i atlasu wydanego między innymi z okazji tego wyścigu, ruszyliśmy szybko na śniadanie, by z powrotem zameldować się na Rynku w Częstochowie, o 6:30 kiedy miał nastąpić start. Oczywiście start się też opóźnił, ale nic to. Peleton blisko 250 rowerzystów ruszył ostro przed siebie, wszak żeby pokonać 181km tempo trzeba mieć wysokie. My z Sara dyskutując taktykę na te zawody, zakładaliśmy, że zaczniemy raczej spokojnie, co by sił na cały dzień starczyło. Tymczasem wszyscy pomknęli szaleńczym tempem i musieliśmy się do tego dostosować. Pierwsze kilka kilometrów szlaku, które prowadziły asfaltem pokonaliśmy ze średnią prędkością ok 35km/h. Wjazd na leśne drogi też specjalnie nie ugasił zapału do szybkiej jazdy, gdyż było sucho a droga płaska. Dopiero na 18km, gdy z asfaltowej drogi wjechaliśmy na lekko piaszczysty podjazd koło zamku w Olsztynie, peleton się rozciągnął i zaczęliśmy jechać w normalnym tempie. Po takiej rozgrzewce jechało nam się super, nadal dominował asfalt i twarde drogi, raczej z niewielkim nachyleniem. Co jakiś czas były jednak trudniejsze przerywniki pełne piachu na których z Sarą radziliśmy sobie wyśmienicie, wyprzedając tych, którzy swój trening ograniczają do siły, szybkości i wytrzymałości, dla nas zabawa zaczyna się tam gdzie jechać jest trudno, a ta trasa nie była dla nas zbyt wymagająca. Tak czy inaczej już po około trzech godzinach jazdy i zaliczeniu dwóch, szybko skorygowanych, pomyłek nawigacyjnych, byliśmy na pierwszym bufecie zlokalizowanym na 62km. Zmęczeni specjalnie nie byliśmy, najbardziej byliśmy chyba zaskoczeni, że tak dobrze nam idzie. Żeby dalej szło nam tak dobrze postanowiliśmy bez pośpiechu uzupełnić stracone kalorie i płyny. Jednocześnie byliśmy nieco zdegustowani racjami żywieniowymi wydzielanymi na bufecie. Jednak z drugiej strony, kilka razy przekonaliśmy się jak to jest, gdy jedzie się na końcu i gdy prawie wycieńczonym dociera się na bufet, który się właśnie pakuje, bo nie ma już nic do zaoferowania. Ale oczywiście mieliśmy też własne zapasy.


Z bufetu ruszyliśmy nieco rozleniwieni i już bez tego entuzjazmu, który zawsze mobilizuje na starcie, ruszyliśmy i już po paruset metrach musieliśmy się zatrzymać, bo Sarze zaklinował się łańcuch i tak dość nie fajnie. Oczywiście poradziliśmy sobie z tym problemem, a przygody muszą być. Przed nami było 20km do ruin zamku Ogrodzieniec. Pierwsza połowa tego dystansu asfaltem, druga lasem. Ogrodzieniec był najwyższym punktem na trasie, więc teoretycznie mieliśmy już tylko zjazd do Krakowa:) Poza tym odcinek Ogrodzieniec - Smoleń, znałem trochę z rozgrywających się tu maratonów i wiedziałem, że będzie to ciekawy odcinek, na którym ponownie będziemy mogli trochę powyprzedzać na piaskach. Zabawa była przednia, wspomnienia z maratonów dodatkowo umilały nam czas. Niestety, gdy zamek Smoleń, znajdujący się w połowie dystansu, został za naszymi plecami dopadł nas lekki kryzys. Na trasie nie działo się nic ciekawego, a zmęczenie stawało się odczuwalne, dodatkowo Sara złapał gumę. Byliśmy na szlaku jednak nie wiedzieliśmy zbytnio gdzie jesteśmy, tempo nam wyraźnie spadło. Wiedzieliśmy, że musimy dotrzeć do drugiego bufetu, bo tam czekają na nas już znane nam drogi, na których nie musimy się skupiać na nawigacji.


Drugi bufet dość niespodziewanie wyłonił się z za zakrętu. Na bufecie jak zawsze świetna atmosfera no, bo jaka ma być skoro człowiek w końcu może coś zjeść:) Na bufecie zagadał do nas Piotrek Kudzia, jeżdżący w charakterystycznym zielonym stroju kurierskim Masterlink. Szybko doszliśmy do porozumienia, że dalej pojedziemy razem. W trójkę zawsze raźniej niż w dwójkę, niestety Piotrem miał jedną wadę, co kilkanaście kilometrów musiał zatrzymać się na papierosa. Pomijając ten drobny fakt, poruszaliśmy się całkiem sprawnie tym bardziej, że z Olkusza był spory kawał w dół, a potem dotarliśmy do Racławic, skąd każdy następny kilometr znaliśmy coraz lepiej. Przekładało się to w prosty sposób, że jechało nam się również coraz lepiej. Lekki niepokój zrodził się w nas, gdy będą w Brzoskwini zobaczyliśmy ogromną burzową chmurę nad Krakowem. Nie mogło to jednak w żaden sposób zmienić naszych planów, po prostu musieliśmy jechać dalej, zresztą i tak doszliśmy do wniosku, że przejdzie bokiem. Bokiem jednak nie przeszło, bo pierwsze krople zaczęły dzwonić nam po kaskach w Szczyglicach, zanim dotarliśmy do mety w Bronowicach, byliśmy kompletnie przemoczeni, ale jakże zadowoleni:)


Wyniki open








Miejsce Imię Numer Czas Kat. Miejsce kat.
1 Szumiec Łukasz 85 07:12:24 M2 1
190 Mrozek Przemysław 103 12:30:25 M2 99
191 Sarapata Michał 104 12:30:27 M2 100
221 ostatni zawodnik ;) 15:58:17 M4 -


do mety nie dojechało 28 zawodników


PS. Według danych z licznika, na postoje na trasie poświęciliśmy ok 2 godziny

Autor relacji:

miszczu komin

login nr m-ce open m-ce kat. czas rating open rating
miszczu komin
M2
103 190 / 221 98 / 114 12:30:27 57,619% 57,619%
sara
M2
104 191 / 221 99 / 114 12:30:27 57,619% 57,619%

* rating - czas zawodnika / czas zwycięzcy kategorii
** rating open - czas zawodnika / czas zwycięzcy wyścigu



Uczestnicy:

miszczu komin
Przemek Mrozek
sara
Michał Sarapata
Gumy: 1

Zdjęcia:

Tagi:

Szlak Orlich Gniazd Częstochowa czerwony szlak Jura

Komentarze:

brak

Dodaj komentarz: