Data: 27.08.2007, poniedziałek

5. krakowski maraton rowerowy

Ten wyjazd znalazł się na 7. miejscu w rankingu najlepszych wyjazdów w sezonie 2007

Trasa: maratonu krakowskiego 2k7 :)
Dystans: 100 km
Rowerzystów: 4
Gleb: 0
Gum: 0
Charakterystyka:
Wyścig / Maraton
Doroczne święto kolarstwa górskiego, jakim niewątpliwie jest ta impreza, odbyło się w Krakowie już po raz piąty. Jak zwykle dopisali ludzie, pogoda rozpieściła, a maraton był świetny… przy czym to ostatnie, nie okazało się już tak rutynowe. Tym razem było lepiej niż kiedykolwiek :)

Ta śmiała teza ma swoje uzasadnienie. Po pierwsze organizatorzy wrócili do korzeni i tak jak na pierwszym maratonie krakowskim, w 2003 roku trasa najdłuższego dystansu była jedną, wielką i świetnie poprowadzoną pętlą, a nie dwiema mniejszymi. Po drugie zdecydowano się na eksperymentalne rozdzielenie startu najbardziej popularnego dystansu MEGA, od dystansów GIGA i MINI (dlatego wybrany dystans należało zadeklarować już przy rejestracji w biurze zawodów), a także rozdzielenie trasy powrotnej MINI, od dwóch pozostałych dystansów, co sprawdziło się znakomicie, ograniczając znacząco „korki” na trasie i czyniąc sam start bezpieczniejszym niż dotąd. Poza tym jazda od początku w grupie bezpośrednich rywali, dawała bardziej czytelny przegląd sytuacji. Ponieważ test powyższych rozwiązań wypadł bardzo pomyślnie, mają one stać się standardem w cyklu MTB Marathon w sezonie 2008.

Jak donosi portal bikeworld.pl, eksperymentowano również z systemem lokalizacji zawodników na trasie. Podobno poczynania kilku wybrańców mogły być na bieżąco obserwowane przez kibiców zgromadzonych na Błoniach. Osobiście zawsze marzyłem o tym, żeby można było przynajmniej w obrębie punktów kontrolnych „namierzać” dowolnego zawodnika, najlepiej przez internet i móc oszacować, kiedy dotrzeć na metę, by pokibicować mu na finiszu. Kto wie, może to kiedyś też będzie standardem?

Rekord frekwencji tym razem wprawdzie nie padł, ale 1300 startujących też budzi szacunek. W naszej warczącej ekipie również spodziewaliśmy się nieco szerszej obsady, ostatecznie do walki przystąpiliśmy w czwórkę. Miszczu, Buli i sara (ja) na dystansie GIGA, oraz Wojtek na MEGA. Przy czym Miszczu do 4 rano był na weselu (choć twierdzi, że nie pił :P) w Rzeszowie, a potem spał 2,5 godziny w pociągu i pojechał na start wyścigu, stąd jego występ na najdłuższym dystansie może budzić większy niż normalnie podziw.

Start i runda honorowa, po wyboistej murawie Błoń nie poszły nam z Bulim zbyt rewelacyjnie i o dziwo przez pewien czas prowadził zaspany Komin, którego wyprzedziłem dopiero pod sam koniec tego wielkiego miejskiego trawnika. Mnie chyba przytkała za duża porcja makaronu na śniadanie, a Buli musiał coś przekombinować. Odetkało mnie dopiero pod koniec podjazdu do Zoo, kiedy właśnie Buli mnie wyprzedził. Dogoniłem go na zjeździe i cieszyłem się pozycją pierwszej szprychy, aż do Kryspinowa, gdzie zaatakowała mnie foliowa reklamówka. Wplątała się w kasetę, tak że musiałem się zatrzymać i ją wyciągnąć, bo łańcuch zaczął mi zbyt dokuczliwie przeskakiwać. To tylko przyspieszyło przesądzoną utratę prowadzenia na rzecz Buliego, który w tym roku o wiele więcej trenował i widać tego efekty. Na około 18 kilometrze, po długim podjeździe w Morawicy ulokowany był pierwszy bufet, który jednak zbojkotowałem, bowiem było dla mnie za wcześnie na postój, czy uzupełnianie pokładowych zapasów płynów, albo jedzenia. Pognałem prosto do wąwozu Półrzeczki, pierwszego węższego miejsca na trasie. Trzeba przyznać, że początek trasy był poprowadzony świetnie: szeroko, mało technicznie, czyli idealnie do rozciągnięcia stawki. Zjazd wąwozem jak zwykle wyborny, choć jako lokalny wyjadacz czułem się nieco hamowany przez konkurentów;)

Od tego miejsca jednak żarty się skończyły. Trasa stała się węższa, bardziej techniczna i zdecydowanie wzrosła falistość jej profilu. Ale przede wszystkim jej atrakcyjność :) Momentami była tak egzotycznie poprowadzona, że 500m od mojego domu wiodła leśnym odcinkiem, którego wcześniej nie znałem! Szybko jednak znalazłem się na dobrze mi znanym odcinku, spotkałem nawet sąsiada, który zjawił się w tym miejscu specjalnie po to, by zobaczyć moje zmagania. Korzystając z okazji chciałbym pozdrowić Radka właśnie i wyrazić nadzieję, że weźmie udział w przyszłorocznym wyścigu. Na trasie nie było czasu na pogawędkę z obserwatorami, więc szybko pognałem dalej, podjazdem do Sanki. W Sance zaś, na szczycie wzniesienia, niedaleko przekaźnika komórkowego natrafiłem na grupkę kibicujących przy drodze dzieci, które ustawiły się w rządku blisko siebie i wystawiały ręce, by zawodnikom przybijać piątki. Nie wszyscy to robią, ale ja zawsze bardzo ceniłem takie zainteresowanie i zaangażowanie w doping u najmłodszych i podjeżdżałem do nich wyciągając swoją dłoń, nawet jeśli miałem stracić na tym kilka metrów, czy sekund. Tym razem było nie inaczej, w dodatku zaliczyłem „combo” w postaci czterech, czy nawet pięciu trafień pod rząd, więc dzieci miały straszną radochę, a i mnie się milej zrobiło. Komin mówił, że te same dzieci później częstowały winogronami… cóż, czasami opłaca się jechać wolniej ;) Na następnym, leśnym podjeździe trafiłem na straszną wiochę. Nie, zabudowań, ani lokalnej społeczności tam nie było… tym razem dwóch zawodników zrobiło ją swoim zachowaniem. Jeden strasznie bluzgał kolesia, który niechcący go zahaczył, za nic nie chcąc przyjąć przeprosin od winowajcy i dopiero po moim „Panowie, spokojnie” wreszcie się uciszył. Drugi natomiast wziął przenośne radyjko, czy odtwarzacz i słuchał jakiegoś „umc-umc” przez głośnik, zmuszając do tego całe swoje otoczenie. Ja zawsze uważałem, że po to jadę w przyrodę, by się nią delektować, a nie słuchać muzyki, zwłaszcza takiej. Z tym delikwentem nie chciało mi się już dyskutować, poczekałem więc do szutrowego zjazdu, gdzie przyspieszyłem na tyle, że nuta tego specyficznej wrażliwości „melomana” więcej mych uszu już nie dosięgła. Dalszy przejazd Lasem Orlej pozwolił na niczym niezmącone delektowanie się jazdą terenem, na przemian z krótkimi odcinkami asfaltowych alejek. Kilku rozwiązań trasowych wcześniej nie testowałem, więc kolejny ukłon w stronę organizatorów, za walory poznawcze imprezy. W końcu udało się dojechać na wzgórze zamku Tenczyńskich w Rudnie i tu pewna niespodzianka, bo nie było tam bufetu, jak w 2003 roku. Przystąpiłem więc do krótkiego, acz treściwego zjazdu po korzeniach, a na dolnym parkingu znów zaskoczenie, bowiem też nie było bufetu… no chyba, że płatny, ale na to nie miałem czasu. Okazało się, że dopiero przy wjeździe na greenway’a organizatorzy umieścili swój. O ile po zdobyciu wzgórza byłem skłonny poświęcić 5 minut na regenerację, to w przypadku usytuowania go po zjeździe, ograniczyłem się do 30 sekundowego zatankowania bidonu Poweradem, którego kilkoma łykami popiłem własnego batona musli, zjedzonego już w czasie jazdy wypoczynkowym odcinkiem pokrywającym się z greenwayem. Dalej trasa odbiła w lewo, przejechała przez teren kopalni Niedźwiedzia Góra, a następnie zaczęła tak kręcić po leśnych wzgórzach i dołach, że nawet Komin, czołowy nawigator Warczących Szprych przyznał, iż przez dłuższy czas nie wiedział co się dzieje. Szczerze mówiąc, mimo że to moje tereny, sam na poprzedzającym zawody objeździe trasy, byłem lekko zdezorientowny przez chwilę. Odcinek ten zawierał zjazd, porównywany przez autorów trasy z kultowym zjazdem w Kochanowie. Trochę mu jednak do tamtego brakuje, ale też jest mocny ;) Ogólnie tegoroczny wariant dojazdu do leśniczówki Kopce był wyjątkowo morderczy, dlatego wielu odetchnęło z ulgą, że najstromsza część podjazdu na Bukową Górę została poprowadzona nie czerwonym szlakiem rowerowym, a znacznie łagodniejszą, szutrową serpentyną. Dalej miły, techniczny zjazd do Nielepic, gdzie zacząłem punktować zawodników z tylnej części „peletonu” dystansu MEGA. No i podjazd w kierunku lasu zabierzowskiego, gdzie czekał już legendarny zjazd kochanowski. A po jego bokach obserwatorzy, czyhający z aparatami na okazję uwiecznienia zmagań i pewnie, w niektórych przypadkach także gleb zawodników. Ja pojechałem dość szybko, ale bez wielkich szaleństw, bo musiałem omijać mniej wprawnych uczestników. Na dole czekali jak zwykle ratownicy, bo jest to odcinek o podwyższonym ryzyku. Dalej dość interwałowy przejazd leśnymi odcinkami, bufet numer 3, potraktowany tak samo, jak poprzedni, asfaltowe siodło w Burowie i zjazd w kierunku lotniska w Balicach, wokół którego wiódł płaski i dość nużący odcinek po szutrach, prowadzących do ciekawej przeprawy nad autostradą A4. Trzeba było wyjść stromymi schodami, przejechać wiaduktem, strefą dla pieszych i znieść rower schodami z drugiej strony. Następnie szutrowy dojazd do Lasku Wolskiego i… Błonia? Nie, nie tak szybko ;)

Końcówkę dostosowano do ogólnego poziomu trasy. Wielkim zaskoczeniem dla tych, którzy jej wcześniej nie przejechali był dodatkowy podjazd zaczynający się niebieskim szlakiem rowerowym, a kończący równie spektakularną, co męczącą na tym etapie wyścigu, serpentynką. Podobno ten odcinek kiedyś już wystąpił na maratonie, ale chyba jeszcze nigdy w konfiguracji ze wszystkimi pozostałymi podjazdami. Zresztą początkiem tej niespodzianki było 50m podejścia, które bardzo zirytowało pewną panią, oczekującą, że będzie już tylko w dół. Padały określenia typu „Płacę, wymagam!”, „Zbluzgam ich na forum!”, „Na olimpiadzie to zawsze jest w dół do mety!”. Wsiadłem na rower wcześniej niż ona i spokojnie ją minąłem, nie dzieląc się swoimi przemyśleniami o tego typu podejściu. Nie chciałem jej bardziej rozdrażnić, więc uwagę o czekającym nas jeszcze podjeździe Białą Drogą też zachowałem dla siebie… ciekawe jakich sformułowań później tam używała;) Ja podzieliłem się tam z pozytywniej nastawionym konkurentem spostrzeżeniem, że mogli już chociaż na biało, a nie czerwono wybrukować ten odcinek, skoro musieli ten podjazd tak zbezcześcić. Mimo uprzejmej pogawędki nie mogłem go puścić przodem na ostatni zjazd;) Czułem, że w dół to ja będę górą… i miałem rację. Łyknąłem jeszcze kilku mniej ode mnie znających teren i po szybkim trawersie wypadłem na Królowej Jadwigi, by po rajdzie bocznymi uliczkami znaleźć się na Błoniach i pokonać na koniec te wredne wyboje. Trafiłem tam na grupkę zawodników, których postanowiłem wykorzystać do wyleczenia swojego kompleksu braku wygranego finiszu na Błoniach. Zaatakowałem na ostatnich 200m i z jednym z nich przyszło mi się ścigać niemalże do linii mety. Choć wiele mnie to kosztowało, w końcu go pokonałem… ale tak szybko po Błoniach, to jeszcze nigdy nie grzałem;)

Na mecie czekał już na mnie Buli, któremu gratuluję bezapelacyjnego zwycięstwa w klasyfikacji szprychowej. Ja się cieszę, że pomimo zaledwie 2 tygodni bezpośrednich przygotowań zmieściłem się w 30 minutach straty do niego, a trasę pokonałem poniżej 6 godzin. Nieco ponad godzinę po mnie przyjechał Komin… jego wyraz twarzy świetnie oddawał niesamowicie wysoki poziom tegorocznej trasy, szkoda że tego nie widzieliście ;) W każdym razie wielki podziw dla miszcza, że mimo niesprzyjających okoliczności nie wymiękł i przejechał najdłuższy wariant. Jednak bohaterem dnia był dla mnie człowiek, który ukończył dystans GIGA kilka minut później… na Jubilacie! Komin był nawet świadkiem jak koleś pocinał na stromych zjazdach mając do dyspozycji tylko kontrę. Coś niesamowitego, myślę że wszystkie Szprychy podpiszą się pod wyrazami uznania. Maraton w wersji MEGA ukończył także Wojtek. Impreza była na pewno sukcesem naszej grupy, bowiem zapunktowaliśmy w klasyfikacji drużynowej, awansując ze 106 na 75 pozycję.

Piąty maraton krakowski był bez wątpienia jedną z najlepszych, a może i nawet najlepszą edycją tej imprezy. Mnie urzekła przede wszystkim najtrudniejsza i najbardziej ciekawie ze wszystkich poprowadzona trasa. Po raz kolejny udowodniono, że pod Krakowem jest gdzie pojeździć, a w następnych latach z pewnością jeszcze nie raz się o tym przekonamy. Jestem dumny, że co roku odbywa się u nas takie kolarskie święto.

Autor relacji:

sara

login nr m-ce open m-ce kat. czas rating open rating
buli
M2
2627 89 / 236 50 / 97 05:21:22 74,863% 75,532%
sara
M2
1746 148 / 236 72 / 97 05:51:20 68,477% 69,089%
miszczu komin
M2
2549 221 / 236 93 / 97 06:58:07 57,540% 58,054%

* rating - czas zawodnika / czas zwycięzcy kategorii
** rating open - czas zawodnika / czas zwycięzcy wyścigu


login nr m-ce open m-ce kat. czas rating open rating
wojtek_bleble
M3
3737 365 / 625 122 / 215 04:10:43 62,262% 63,810%

* rating - czas zawodnika / czas zwycięzcy kategorii
** rating open - czas zawodnika / czas zwycięzcy wyścigu



Uczestnicy:

miszczu komin
Przemek Mrozek
buli
Dominik Grządziel
wojtek_bleble
Wojciech Łazowski
sara
Michał Sarapata

Zdjęcia:

Tagi:

Maraton Krakowski

Komentarze:

brak

Dodaj komentarz: