Data: 29.05.2004, sobota

Zakopane z AZS dzień pierwszy - Gubałówka

Ten wyjazd został wybrany jako najlepszy wyjazd w sezonie 2004!

Trasa: Krokiew - Gubałówka - Chochołów - Sucha Hora - Droga pod Reglami
Dystans: 50 km
Rowerzystów: 9
Gleb: 0
Gum: 0
Charakterystyka:
Wyjazd AZSowy
Wyjazd górski
No i trzeci wyjazd do Zakopanego. Szprychy w komplecie przyjechały Power Jettą i MCiowym Espero. Przy okazji jeszcze zabraliśmy Bartka, którego skierował do nas Iwo. Niestety ze starych AZSiaków nie pojechał nikt. Ale dzięki temu to my byliśmy elitą :) Z godnych uwagi zawodników byli jeszcze Kuba Lortz i Boguś, no i nas dualowcy. Oczywiście nie można zapomnieć o trzech dziewczynach :) No ale do rzeczy. Planowany wyjazd miał być o 9:00. Przyjechaliśmy do Zakopanego o 8:40 i dowiedzieliśmy się że o 10:00 jest narada. Oczywiście było to z powodu deszczu który pokropił sobie nieco. Na zebraniu były nawet głosy że byśmy poprzestali na zwiedzaniu Zakopca, no ale my wiedzieliśmy po co przyjechaliśmy... nam nie wystarczała byle wycieczka. Miało być błoto - no i udało się - wyjazd o 12.



W sumie przestało padać. Kadra jak zawsze udała się w stronę kolejki, a mnie przypadł zaszczyt prowadzenia reszty na Gubałówkę :) Muszę przyznać, że prowadzenie ponad 20 osobowej grupy to ciężki kawał chleba. No i oczywiście większość na sławetnych rowerach makrokeszach w których np. odpadają korby!!! Tak, dokładnie tak. Nie dojechaliśmy nawet do Gubałówki, patrzę... nie mam zamykającego. Zatrzymaliśmy się i z tyłu przyszła wieść że korba się odkręciła. No cóż, chwilę to trwało i w końcu gość wrócił na camping. Ja poprosiłem Abdula żeby zamykał, bo kontakt z ogonem - dobra rzecz. Jak chodzi o wyjazd pod Gubałówkę to oczywiście byłem pierwszy - no bo ja prowadziłem i znałem drogę :) Razem ze mną jechał Kuba, trochę z tyłu Boguś i Buli. Już na podjeździe było sporo błota, Nokian zawiódł mnie tylko raz. Jeśli chodzi o widoki to nie było żadnych. Nawet nadajnika na Gubałówce nie było widać, dlatego też postanowiłem zabrać całą grupę przed Zębem i dopiero pojechać dalej. O dziwo wszystko wjechali dość szybko. Magda była nawet szybsza od wielu gości. Podjazd pod nadajnik pokonywałem z Abdulem w mocnym tempie :)



Gdy już wszyscy dojechali do punkt spotkania - nadajnika - udaliśmy się w dalszą drogę. Najpierw czekał nas kawałek asfaltowego zjazdu, szybkiego asfaltowego zjazdu :) Potem skręciliśmy na błotko :) Na czerwony szlak do Chochołowa. Pod rozjazdem jeszcze był postój co by wszyscy skręcili i przy okazji sprawdzili jak szybko hamuje się z 50km/h :) Generalnie było dużo pisku, zarzucania tylnym kołem, itp. Jedno z fachowszych hamowań miała Agata. Z wielkim piskiem hamowała prosto w drzewo... żeby w ostatniej chwili ładnie wykręcić. Szczerze to po odgłosach spodziewałem się, że to Buli, a gdy zobaczyłem kto to - byłem pod wrażeniem :) A potem zaczęło się błotko :) Głębokie po oś haku, małe skocznie, jazda w dół, po prostu super. Tak uformowało się stałe mniej więcej czoło peletonu. Oczywiście nie brakowało tu Szprych. Największą przemianę, jak zawsze na błocie, przeszedł MC. Szalał na zjazdach jakby zamiast swojego antycznego Manitou miał co najmniej Bombera 100mm skoku. Oczywiście miały miejsce pierwsze gleby. Jedną z ciekawszych miała Agata, która wpadła do dość głębokiej kałuży. Dokładnie nie wiem , widziałem tylko skutek – całe mokre spodnie, mokre do tego stopnia, że zostały wykręcone przed dalszą jazdą.



Po pierwszym zjeździe nadszedł czas na podjazd. Bardzo mile zaskoczyła nas Magda, która trzymała się w czołówce. Za wierzchołkiem po kolejnej porcji kałuż i kolein zalanych wodą, postanowiliśmy poczekać na resztę. Okazało się, że ktoś z tyłu złapał gumę. W trakcie postoju wszyscy żywo komentowali wyśmienite błotne warunki. Po chwili ruszyliśmy dalej. Czekał nas kawałek zjazdu i potem podjazd pod Ostrzyż 1029 m npm. Tu bodajże pierwszy raz zawołał Bogdan "Miszczu Komin? Daleko jeszcze?" - odpowiedź brzmiała - "Aaa będzie...". Dialog ten powtarzał się co czas jakiś do końca dnia. Na szczycie tysięcznika była dłuższa przerwa, co by ogon dojechał. Góra ta chyba wyszła "górą" w pojedynku z nami bo chyba nie było osoby która by nie podprowadziła choć przez chwilę roweru. W dodatku Kubie poszła szprycha, ale jakoś wyrównał koło. Ja natomiast poczęstowałem czekoladą tych którzy wjechali najszybciej (dużo dla mnie nie zostało).



No i oto przed nami był najfachowszy kawałek trasy. Zjazd do Chochołowa. Najpierw dwa ostre zakręty, potem zagajniki i... piękny zakręcik, polną drogą, w sumie łagodny. Gdyby nie to że samo błoto... no nie samo - jeszcze koleiny. Ja skapitulowałem ale wywaliłem się mało efektownie. Gdy się zbierałem nadjechał Bogdan. On ładnie wyhamował. Staliśmy i patrzyliśmy co zrobi reszta. Ludzie, że my kamery nie mieliśmy. Jeden nie zmieścił się w zakręcie, katapultował się, wyskoczył z roweru i przebiegł chyba z 50m żeby wytracić pęd. Co jakiś czas ktoś mnie lub bardziej widowiskowo lądował w błocie. Ale oczywiście wszystkich przebił Azar :) Gdy tylko wyłonił się zza zakrętu cała publika zgromadzona po obu stronach drogi od razu ożyła, każdy coś krzyczał, no i Azar jak zawsze był niezawodny. Jadąc z nadmierną prędkością, zarzucił tył co by wejść ładnie w zakręt, co mu się fachowo udało, tyle że już tego nie skontrował i zrył 10m błota dokładnie między kibicami. To się nazywa być gwiazdą.



Na dalszej części tego zjazdu nastąpiły dalsze gleby. Jeden z kolegów wylądował niefortunnie w krowiej minie anty poślizgowej. Przyszedł czas na bardziej płaski kawałek. Za to trochę bezsensu był poprowadzony szlak, co oczywiście wykorzystałem, wyprowadzając kilkoro ludzi w pole :) Ale jakoś się to wszystko wyjaśniło. Wcześniej była fajna przeszkoda błotna - poprzeczny rów z błotem, głębokość powyżej osi :) No nie każdy dał sobie tu radę. Miedzy innymi Kuba. Niestety ja nie zachowałem żadnego odstępu i po prostu w niego wjechałem. Tu polała się pierwsze krew, przy upadku najprawdopodobniej zahaczyłem goleniem o pedał. Bolesne to nie było ale odcisnęło to głęboki ślad na mojej nodze. Zanim jeszcze zjechaliśmy do Chochołowa okazało się, że przy poprzedniej wymianie dętki, inżynierowie nie sprawdzili opony i znów trzeba było zmieniać gumę. Tym razem pomagałem ja. Trochę nam z tym zeszło. Były rozmaite problemy wentylowo - pompkowe - ale jakoś się udało. Na zjeździe grzecznie przeprosiłem kolegę, że pojadę szybciej i... złapałem snake'a. Bywa...



AZS w tym momencie się "rozpadł". Część pojechała do Zakopanego, część została w Chochołowie na obiad, a część pojechała do Suchej Hory. ja po zmianie dętki oczywiście pognałem na Słowację, gdzie już wcinały obiadek pozostałe szprychy. Oczywiście wcześniej odbyłem krótką rozmowę z strażnikiem granicznym które był bardzo zaciekawiony widokiem człowieka, który był od stóp do kasku zachlapany błotem i z wielkim uśmiechem pokazywał mu dowód ze zdjęciem, które przedstawiało całkiem odmiennego człowieka - schludnego i w garniturze. Po pysznym obiadku i piwku udaliśmy się w drogę powrotną.



Za granicą czekali na nas Boguś i Kuba. Jako, że różny był nasz stopień zmęczenia peleton się rozerwał. Tempo, które narzuciłem, a które potem przez kilka kilometrów podjazdu do Witowa otrzymał Kuba zniósł jeszcze tylko Buli. Gdy już dojechaliśmy do Witowa musieliśmy odpocząć. Teraz czekał nas końcowe “OS” czyli Droga Pod Reglami. Ruszyliśmy. Pablos pojechał asflatem z resztą, czyli 7 wspaniałych zaczęła pierwszy podjazd i... po 50m już przerwa techniczna, MC zerwał łańcuch. Jak na jego stoickie usposobienie, to naprawdę mocno go to zdenerwowało. No ale cóż, bywa. Jechaliśmy dalej wspominając nasze gleby na tej trasie, ekscytując się kolejnymi zjazdami, rozchlapując kolejne kałuże błota, które zamieniały nas w jednolicie ubraną grupę, która jeździ w błotnych koszulkach i na rowerach pomalowanych błotem. Tą cała sielankę przerwał Azar który... złapał gumę. Trzeba przyznać, że z niepokojem patrzyliśmy na nasze zapasy. Całe szczęście Boguś udostępnił swoją nie przebijalną dętkę Continental (tu trzeba dodać, że znajdowały się na niej dwie łatki :). Na szczęście było to już ostatnia awaria i nic nie zakłócało naszej jazdy i wspaniałych humorów. Na camping Pod Krokwią powróciliśmy triumfalnie ze śpiewem na ustach. Pieśń która słuchały tatrzańskie wierchy brzmiała może mało odkrywczo ale radośnie: "Mam brudna nogę!!!" :)

Autor relacji:

miszczu komin


Uczestnicy:

abdul
Artur
azari
Piotr Idzi
buli
Dominik Grządziel
mc
Michał
miszczu komin
Przemek Mrozek
pablo
Paweł Wąsala
bogus
Bogusław Klimas
lorzu
Kuba Lortz
mdudi
Magda

Zdjęcia:

Tagi:

Zakopane Podhale Gubałówka Butorowy Wierch Droga pod Reglami

Komentarze:

brak

Dodaj komentarz: