Wyjazd wielodniowy: 25.05.2019 (sobota) - 26.05.2019 (niedziela)

Świętokrzyskie czerwone błoto

Mapa Świętokrzyskie czerwone błoto - D1 Mapa Świętokrzyskie czerwone błoto Trasa: Kielce, Kuźniaki, Główny Szlak Świętokrzyski, Łysa Góra, Kielce
Dystans: 150 km
Rowerzystów: 3
Gleb: 3
Gum: 0
Charakterystyka:
Wyjazd wielodniowy
Wyjazd górski
Świętokrzyskie błoto albo do trzech razy sztuka

Nie ma co zaprzeczać, Główny Szlak Świętokrzyski (GSŚ) nas pokonał. Pierwsze podejście (w 2018 roku) oddaliśmy walkowerem: zaplanowaliśmy, nie pojechaliśmy. Za drugim podejściem zrobiliśmy go tylko częściowo. Tak więc kolejny wyjazd (trzeci) jest konieczny, by go dokończyć. Co, uprzedzając pytania, jest powoli planowane.

A było to tak, że bladym świtem pociągiem ruszyliśmy do Kielc. Na kieleckim dworcu, zgodnie z tradycją, piździało, więc tylko szybkie zakupy i w drogę. Po fali czerwonych świateł udało nam się opuścić teren miejski i asfaltem pomiędzy zabudowaniami wsi świętokrzyskiej parliśmy na północny zachód. Po drodze dołączyła do nas grupa trzech kolarzy 60+, którzy skutecznie namówili do zmiany koncepcji dojazdu do Kuźniaków. I tak z nimi około 20 km popedałowaliśmy rozmawiając. Zresztą jak się później okazało, mieli rację.

W Kuźniakach (początek GSŚ, 31 km wyjazdu) sklep, zdjęcie z czerwoną kropką i chodu w teren. Powoli przyzwyczajaliśmy się do błota. A błoto było jak deszcz w Foreście Gumpie. Prawie każde możliwe: czerwone, liściaste, rzadkie, głębokie, płytkie, czarne, brunatne, trawiaste, wodniste, bogate w organikę po nawożeniu pól, ... Było błoto lotne typu endo- i egzogenicznego w zależności od tego, kto je wbił w powietrze, błoto lecące do tyłu, na boki i do góry, błoto typu salto mortale a’la kamikadze (odpada z tylniego koła, leci do przodu wyprzedzając rower i atakuje w locie od frontu). Brakowało tylko typowo beskidzkiego szarego, gęstego błota zasycającego, bogatego w minerały ilaste.

Z Kuźniaków mieliśmy mieć ok. 60 km szlaku, więc optymistycznie liczyliśmy, że nawet jak pojedziemy średnio 10 km/h to przed 17:00 będziemy w Świętej Katarzynie. Po godzinie walki z błotem i Perzową Górą, jazda po płaskim terenie z prędkością 10 km/h była marzeniem. Dawno już kawałki asfaltu tak nie cieszyły. Zwłaszcza zjazd do Zielonej z Baraniej Góry, gdzie spokojnie można było się rozpędzić na długim, stromym, prostym odcinku.

Karnawał błotno-asfaltowy trwał do Dąbrowy. W jednym miejscu trzeba było np. udawać zwierzęta, bo trasa wiodła przepustem dla zwierząt nad S7 – ktoś wył, inny ryczał lub pohukiwał; w innym (przed Tumlinem) szlak tak stromo szedł, że trzeba było wynosić i sprowadzać rowery. W większości jednak przejezdnie, choć nie zawsze podjazd był korzystniejszy energetycznie od pchania.

W Dąbrowie, kalkując siły, czas i możliwości rozpoczęliśmy odwrót na z góry upatrzone pozycje możliwie najprostszą drogą w podwójnym tego słowa znaczeniu. Po drodze jeszcze moja gleba (SPD się nie wypiął przez błoto), obiad, zakupy i około 18 można było usiąść przed domkiem z chmielowym izotonikiem.
Następnego dnia wiadomo już było, że nie będziemy w stanie zrealizować planu w całości. Co nie znaczy, że nie zaczęliśmy. Ponieważ przez Łysicę jechać nie można (przepisy parkowe), to objechaliśmy ją asfaltem przez Krajno, Porąbki, by pod Kakoninem ponownie wbić się w czerwony. Przyjemny, błotnisty i pełen korzeni wąski szlak pełen mostków i rzeczek biegnący skrajem lasu. Choć przejazd poza mostkiem może być bolesny, co Abdul potwierdził empirycznie, dołączając solidarnie do grona zaliczających nieplanowany kontakt z podłożem. Później od Huty Szklanej asfaltem na Łysą Górę, gdzie pomimo zakazu wjazdu minęło nas więcej aut niż przez cały dzień poprzedni. U góry chaos samochodowo-turystyczny, więc szybko zjechaliśmy czerwonym szlakiem do Trzcianki.

Od Trzcianki już drogą wojewódzką wzdłuż której była ścieżka rowerowa do Woli Jachowej. Potem już poboczem krajowej DK74, cały czas walcząc z wiatrem w twarz i czasem do odjazdu pociągu. Na przedmieściach Kielc szybka myjnia i udało się na pół godziny przed odjazdem dotrzeć na dworzec zaliczając ponownie niezliczoną ilość czerwonych świateł i nieintuicyjnie poprowadzonych ścieżek rowerowych.
A PKP, jak to PKP. Na peronie tłum, jeden konduktor, widząc rowery, nas zawołał. I jak już tak staliśmy czekając na otwarcie drzwi z naklejką roweru, dwóch innych kazało nam iść gdzieindziej, bo tam nie ma wieszaków na rowery. Po wskazaniu naklejki wycofywali się twierdząc, że znów zmieniono kolejność składów. Cóż, PKP niczym drogowcy, rozumem tego nie ogarniesz. O półgodzinnych pogaduchach kasjerka-klient w niemal każdej z kas nie wspominając...

Ostatecznie wyszło 150 km, z czego na szlaku czerwonym ok. 50-55/92 km. Zostało całe pasmo jeleniowskie i fragment Dąbrowa - Św. Katarzyna. Tak więc jest jeszcze co robić. Do trzech razy sztuka...

I na koniec garść danych statystycznych:
sobota: 76.4 km, +1023/-923 m w pionie, średnia prędkość ruchu 15.2 km/h, czas wyprawy 08:30-17:30
niedziela: 56.7 km, +672/-743 m w pionie, średnia prędkość ruchu 16.9 km/h, czas wyprawy 09:00-13:30

Autor relacji:

Maciek


Uczestnicy:

abdul
Artur
Gleby: 1
Maciek
Maciek Dwornik
Gleby: 1
miszczu komin
Przemek Mrozek
Gleby: 1

Zdjęcia:

Tagi:

Góry Świętokrzyskie Kielce czerwony szlak GSŚ Św. Katarzyna

Komentarze:

azari
Piotr Idzi
19:53 26.05.2019
Solidnie ekipa pokręciła!! I każdy po glebie? :)
abdul
Artur
20:30 29.05.2019
Jedna była nawet w Twoim stylu - OTB w strumyku ;)
Coś Ci to mówi? ;)
azari
Piotr Idzi
07:55 30.05.2019
Ja nie miałem w strumyku, tylko w rzece :) A focie jakieś??
abdul
Artur
10:32 21.06.2019
Dworzec w Kielcach przez te dwa dni wyniosło do góry 29m ;)
Maciek
Maciek Dwornik
11:02 21.06.2019
Ech, a mówią, że orogeneza waryscyjska się skończyła, a tu taki gwałtowny uplift...
miszczu komin
Przemek Mrozek
12:45 21.06.2019
Maciek, ja przy Twoich komentarzach to nawet nie wiem z którego słownika korzystać.... ;)

Dodaj komentarz: