Wyjazd wielodniowy: 21.08.2021 (sobota) - 27.08.2021 (piątek)

Wschód 2021

Mapa Wschód 2021 Trasa: Bieszczady - Roztocze - Podlasie - Suwalszczyzna - Mazury - Morze
Dystans: 1442 km
Przewyższenia: 9236 m
Rowerzystów: 3
Gleb: 5
Gum: 6
Charakterystyka:
Wyścig / Maraton
Wyjazd wielodniowy
Wyjazd nocny
Relacja z 1400km... niełatwa sprawa :)

Zaraz po Poland Gravel Race razem z Piorkiem i Maćkiem wybraliśmy się na Wschód

Szybka regenracja i lecimy na Wschód 2021! Dzień 1.
Po ultra szybkiej, raptem tygodniowej regeneracji, znów stawiam się w Bieszczadach, aby tym razem wystartować w kolejnym ultra, lecz na prawie 3 razy dłuższym dystansie, bo liczącym 1420 km, lecącym całą wschodnią granicą, aby na końcu wylądować w Gdańsku. Na starcie stawia się nieco ponad 200 osób, ale ponad 100 osób nie stawiło się nie dając znać organizatorowi. Ciekawe dlaczego ;)
Ten dzień dla mnie będzie sprawdzianem, czy resztę dystansu będę mógł przejechać, gdyż w tym dniu mamy do przejechania 1/4 wszystkich przewyższeń na całej trasie. Trasa wije się szlakami, które dawno nie były uczęszczane pieszo, ale zdecydowanie po przejechaniu prawie 200 rowerzystów, znów nadają się do turystyki pieszej. Na pierwszych zjazdach, dosłownie kilka km od startu mijamy ultrasów, którzy wymieniają pierwsze dętki. Nie ma się co dziwić, bo rowery dopakowane ze spotkaniem z ostrymi kamieniami robią robotę. Ta przyjemność nie omija Piotrka i też mamy swoje „5 minut” na jednym z pierwszych zjazdów. Na trasie do Przemyśla dostaję delikatnego flashback’u, gdyż track częściowo pokrywają się trasą z PGR.
Już na pierwszych podjazdach odzywa się niezregenerowane lewe kolano i w głowie zaczynają latać myśli, czy to był na pewno dobry pomysł, ale widok Przemyśla z ostatniego podjazdu rozwiewa wszelkie wątpliwości.
Dzień kończymy po prawie 190 km, nocując na prywatnej posesji, gdzie korzystamy z węża ogrodowego, aby zmyć z siebie cały kurz i błoto po Bieszczadzkich podjazdach i zjazdach.


Roztoczone piaski. Dzień 2.
Poranek wita nas przepięknym wschodem… dzień ten będzie mocno sprawdzał nasze mięśnie, ale tym razem, te które człowiek używa do chodzenia niż te od kręcenia na rowerze, ponieważ spora część dzisiejszej trasy prowadzi nas przez niekończące się piaski…
Na poprzednim noclegu nie było za bardzo, co kupić, więc z sakiew wyszukuję resztki jedzenia, jakie zostały z dnia poprzedniego. Pierwszy postój, gdzie jest jakakolwiek cywilizacja znajduje się jakieś 44 km od noclegu w miejscowości Horyniec-Zdrój, lądujemy z grupką ultrasów na stacji benzynowej. Sprzedawca lekko zmieszany, co się dzieje. Pytam się czy zagotuje nam wodę, bez wahania odpowiada, że nie ma problemu, dzięki czemu wjeżdża szamanko liofilizowane. W tym dniu toczymy się od stacji benzynowej do stacji, gdyż drugi dzień przypada na niedzielę, więc większość sklepów pozamykana lub czynna od godzin bliżej południowych.
Po chwili wpadamy na szlak Szumów nad rzeką Tanew, gdzie spotykam Macieja Trochimowicza, który prowadzi kanał na YT pod swoim imieniem i nazwiskiem. Trasa po Roztoczu szybko mi mija, są to tereny, po których Maciej dość często jeździł, i co jakiś czas zdradza ciekawe informacje o tych ternach. Tak więc tym bardziej zapraszam na jego kanał na YT, gdzie zapewne będzie opowiadał o różnych ciekawostkach - między innymi z tego rejonu.
W Krasnobrodzie część osób zatrzymuje się na obiad lub w sklepach, aby nabrać sił, aby dojechać do przepięknego Zamościa. To jest jedno z tych miast na trasie - żałuję, że tak szybko przejechaliśmy i nawet na chwilę się w nim nie zatrzymaliśmy. Mają przepiękny rynek, parki, kolorowe kamienice oraz Twierdzę. To wszystko zwiedzamy w ciągu 15 no może max 20 min, aby pognać dalej. Kolejne kilometry mijają nam bez większych przygód, aby o zmierzchu wylądować na werandzie - chyba jedynego noclegu dostępnego w Chełmie, znaleźliśmy się tam nie tylko my, ale i 6 innych ultrasów. Miejsc w pokojach zabrakło więc rozkładamy się na werandzie domu gospodarza, gdzie dodatkowo możemy skorzystać z prysznica. Jest sucho, jest dach nad głową można było się wykąpać, nic więcej nam nie potrzeba. No może zatyczek do uszu…, bo zmęczone ultrasy to chrapiące ultrasy.
Pozdro Marcin!


Pyszna kawa. 3..2..1 i niekończący się flak w przednim kole. Dzień 3.
Rano, skoro świt zaczynamy się zbierać, co budzi gospodarza naszego noclegu i wychodzi do nas z pyszną kawą. No powiem Wam, że lepszego rozpoczęcia dnia człowiek nie mógł sobie wymarzyć.
Ruszam praktycznie ostatni z noclegu, aby już przy pierwszym obrocie korby zorientować się, że mam flaka w przednim kole. Na szczęście Maciek oferuje mi swoją pomoc i sprawnie zmieniamy dętkę i to jest już ostatni raz, kiedy go widzę w tym wyścigu, gdyż na dzisiejszej trasie mamy prom do przekroczenia na rzece Bug, który jak się okaże będzie dobrym pretekstem, aby się zatrzymać na nocleg.
Trasa rozpoczyna się jak zawsze leniwie, lasem szutrami. Toczę się, nic nie zapowiada ciężkiego odcinka, jaki będzie ciągnął się do Włodawy - wzdłuż granicy z Białorusią. Po drodze mijamy strażników granicznych, którzy pytają, czy mamy numer do organizatora, na próżno szukać go w pakiecie startowym, czy też na stronie. Tutaj należy się DUŻY plus dla organizatorów PGR’a, gdzie numer był podany na numerze startowym, który przypinało się do roweru, w mailach, czy też na samej stronie internetowej.
Jest kilka minut po 10, wbijam się do najbliższego otwartego baru w Włodawie, mam ochotę na pierwsze i drugie danie, lecz nauczony poprzednimi dniami zamawiam tylko jedno danie. Wydaje mi się, że czekam w nieskończoność, a było to raptem 10 min… Miesza się w głowie od tych wyścigów. Patrząc bez celu w okno, widzę mijającego mnie Piotrka, wstaję, aby go zawołać, ale rezygnuję, bo wiem, że już przytulił wcześniej hot doga w Żabce. Po wciągnięciu śniadania i obiadu w jednym ruszam w kierunku Terespola, gdzie czeka na mnie ogromna pizza zamówiona przez Piotra. Ostatnie kilometry do Serpelic pokonujemy w strugach deszczu, do wcześniej zarezerwowanego hotelu, żeby się coś podsuszyć. Leżąc w ciepłym łóżeczku, patrzymy na mapę, gdzie dojechali pozostali zawodnicy. Okazuje się, że dość spore grono ludzi zatrzymał dzisiejszy prom na rzece Bug, na który Maciek zdążył się załapać i dokręcić extra 40 km. Jest to pierwszy dzień, kiedy nas dolało, ale patrząc na kolejny dzień zastanawiam się, czy nie opóźnić godziny startu, kiedy już przestanie padać, jednak zmęczenie i wyczerpanie robi robotę i zasypiam w mgnieniu oka.


Białowieża, miejsce do którego zawsze chciałem przyjechać. Dzień 4.

Rano, dość leniwie powiedziałbym, wstajemy z hotelowych łóżek, aby podczas pakowania przekonać się, że tak szybko nie wyjedziemy. Okazuje się, że to samo, co wczoraj - koło nie ma powietrza. Kolejny raz robimy szybkie pakowanie i wymianę dętki i ruszamy na prom. No właśnie szybko. Kolejny raz nie sprawdziliśmy, co siedzi w oponie, ale o tym później.
Na prom dojeżdżamy jeszcze z jedną osobą, ale prom okazuje się już płynie na drugi brzeg z grupką ultrasów. Jednak ku naszemu zdziwieniu, prom wraca. Ulga. Jak się okazuje dzięki temu oszczędzamy 30 min. Jeden z uczestników, który nie załapał się na prom - tak jak my czekał na brzegu bezczynnie półgodziny. Przez 40 km toczymy się asfaltem do Czeremchy, aby zrobić zakupy w pierwszym napotkanym na trasie sklepie. Pani na dziale mięsnym już wie, co nam podawać i ciepła kiełbaska wchodzi jak złoto. W międzyczasie, jak Piotrek robi zakupy, wymieniam przednie klocki hamulcowe, które kupiłem na ostatnią chwilę przed wyjazdem.
Wsiadamy na nasze niestrudzone rowery, aby przez kolejne 50 km toczyć się przez szutry koło Białoruskiej granicy, mijając druty kolczaste, wzdłuż granicy przez Puszczę Białowieską, aby dotrzeć do Białowieży. Miejsce, które zawsze chciałem odwiedzić, zatrzymać się, pozwiedzać. Miałem delikatną namiastkę, bo Puszcza Białowieska jest po prostu cudowna. To jest jedno z tych miejsc ze Wschodu, do którego wrócę na 100%. W Białowieży jestem po prostu zakochany. Wciągamy szybko obiad i z wielkim niedosytem ruszamy dalej, bo przed nami do pokonania tyle samo kilometrów, jak nie więcej. Pogoda dla nas cały czas oszczędza i cały dzień jedziemy na sucho, nie licząc naszego potu :-)
Na trasie do Bobrowników, Piotrek na chwilę się odłącza, aby podskoczyć 2 km do paczkomatu do którego wysłał sobie 2 dni wcześniej nowe buty, gdyż poprzednie mocno oklejone srebrną taśmą już ledwo się trzymają.
Track na naszej trasie czasami odbijał, by po chwili wrócić na trasę, było tak samo i tym razem i prowadzi nas do ostatniej restauracji na nasze trasie w Kruszynianach. To nie koniec atrakcji tego dnia. Plan jest dość ambitny, chcemy dojechać do Supraśla. Przed nami jeszcze dobre 40 km kręcenia. Z pełnymi brzuchami, z średnią 30km/h lawirujemy po leśnych ścieżkach, jedzie się nam bardzo dobrze, aż pada pytanie, od któregoś z nas, czy nie za dobrze. Po chwili wpadamy na cudowne piaski, podjazdy i kamienie, co powoduje w pewnym momencie trzask w tylnym kole. Urwana szprycha. Szybko oplatam ją o inną, aby móc jechać dalej, bo i tak nie ma warunków, aby się nią w tym momencie zająć. Do noclegu mamy jeszcze jakieś 7-10 km, okazuje się, że przednia opona jest jakoś miękka, wyjmuję pompkę dopompowuje lecimy dalej i tak jeszcze z 3 razy. Na samym końcu dzisiejszej wyrypy wpadamy na singielka, co na gravelach załadowanych po zęby nie jest zbytnio przyjemne. Ostatnia prosta, pada mi bateria w lampce a ja inteligentnie mam zapakowane dodatkowe baterie najgłębiej w podsiodłówce. Z Piotrkiem jedziemy o jednym źródle światła. Docieramy do noclegu. Zabieramy się za wymianę opony, mycie i spanie, by wstać o 4 zejść do rowerów i…

Niezapowiedziana kąpiel. Dzień 5.

… jak co rano wymienić kolejny raz tą samą oponę. Spokojnie, spokojnie idzie nam to coraz sprawniej i nie zajmuje nam to już tak dużo czasu. W końcu na ultra czas jest najważniejszy i przerwy mają być turbo krótkie, ale uwierzcie mi nie zapomnę miny Piotrka po wejściu do garażu… Boże dziękuję, że nic nie powiedział, tylko srogo zagryzł wargi, ale wiem, co w głowie powiedział, oj wiem. Jako nagrodę dostajemy piękny wschód słońca, jaki się rozprześciera się nad Zalewem Zajama. Nie dziwi mnie zatem fakt, że spotykamy ludzi - podziwiający ten wspaniały spektakl - owiniętych kocykami lub nawet kołdrami. Po drodze spotykamy Piotra Wierzbowskiego z RezerwatPrzygody.pl, który robi nam świetne zdjęcia z wschodem słońca – dziękujemy!
Dzisiaj mamy naprawdę dobre flow, jedzie się nam rewelacyjnie, ładujemy kalorie przy pierwszym napotkanym sklepie, wspomnianemu Piotrowi udzielamy pierwszego wywiadu do jego materiału, który mam nadzieję ukaże się niebawem na jego kanale YT i lecimy dalej do Dąbrowy Białostockiej na drugie ciepłe śniadanie razem z kawą. Jest środa, a jak środa to jedyny sklep rowerowy w tym mieście jest zamknięty… Szybko jednak Piotrek ogarnia telefon i prosi Panią o otwarcie dla niego sklepu, bo potrzebujemy szprychy do koła. Po 15 min mamy zapasowe szprychy, lecz lecimy dalej, bo koło się jeszcze trzyma, a wiemy, że po drodze mijamy Augustów, gdzie mamy czynny serwis rowerowy. Po drodze czeka nas jednak niespodzianka w postaci przeprawy przez Biebrzę. Okazuje się, że samo obsługowa tratwa jest zablokowana po drugiej stronie. Są dwie opcje. Lecimy dookoła 11 km lub ktoś płynie wpław przez rzekę odblokowujemy łańcuch po drugiej stronie. Zgadnijcie, na co zdecydował się jeden wariat. Tak, Piotrek bez zastanowienia wskakuje do wody, płynie na drugi brzeg, lecz okazuje się, że łańcuch jest specjalnie skręcony śrubą i ciężko będzie go odblokować. Po chwili kombinowania udaje mu się jednak odblokować i przyciągamy naszego wybawiciela do drugi brzeg. Nie chcę spekulować, ale wydaje mi się, że dzięki temu Piotrek uratował kolejnych ultrasów przed dodatkowym kręceniem, nie mówiąc już o turystach, czy lokalsach którzy się już zaczęli zbierać po jednej stronie brzegu.
Piotrek jesteś wielki!
Dojeżdżając do Augustowa, dzwonię wcześniej do właściciela serwisu rowerowego by niczym formuła F1 wpaść do boksu i w trybie ekspresowym na serwis i wymienić wyłamaną szprychę. Między czasie Piotrek ogarnia jakieś szamanie. Całość zajmuje nam jakieś 30 max 40 min. Szaleństwo, ale wiemy, że czas jest najważniejszy. Tuż za przepięknym i pełnym turystów Augustowem zaczynają się delikatne podjazdy. Tutaj zaczynają powracać bóle lewego kolana i kolejne wypychania roweru na trasie, jednak całość wynagradzają nam widoki, jakie ciągną się przez Suwalszczyznę. Każdy teren, przez który przejeżdżaliśmy ma na swój sposób urok, ale to, co się działo na trasie od Augustowa do Wiżajn - to było istne szaleństwo. Ciężko było się skupić na jeździe, bo głowa chodziła dookoła. Cudowne widoki delikatnych pagórków, przeplatanych małymi i większymi jeziorkami lub stawami przy delikatnym zachodzie słońca powodowały, że człowiek, choć na chwilę zapominał o całej dotychczasowej wyrypie, obtarciach, bólach i zmęczeniu. Jak to powiedział Piotrek. Suwalszczyzna skradła nasze serca. Jest tam po prostu przepięknie, i jest to kolejne miejsce na wschodzie, do którego na pewno wrócę. Przejechaliśmy kolejny rejon w pędzie, zachowując w naszych głowach widoki tylko z roweru a tutaj trzeba się zatrzymać, na dużej, usiąść i pozwolić, aby ta chwila trwała i się nie kończyła. Rozmarzyłem się, wybaczcie.
Piotrek niczym świeżynka, wręcz jak kozica wdrapuje się na kolejne wzniesienia, dopada nas w międzyczasie fotograf, jestem ciekawy jak wyszedłem, zapewne jak nieszczęście. Ostatkiem sił wdrapuję się na ostatnią górkę, jakimś cudem bez schodzenia z roweru. Jesteśmy w Wiżajnach ostatnia większa miejscowość w północno-wschodniej Polsce, 5 km dalej jest już granica z Litwą. Zaczyna padać, zapada decyzja, że nocujemy w tej miejscowości choć Piotrek ma chrapkę na dokręcenie jeszcze 20 km. Lituje się jednak nade mną.

Być suchym i mokrym 4 razy tego samego dnia. Dzień 6.

Tego dnia skończyła się już dobra passa na dobrą pogodę i już od samego rana zakładamy kurtki przeciwdeszczowe. Dojeżdżamy do trójstyku granic w Bolciach, zwany również polskim biegunem zimna, gdzie znajduje się punkt, w którym stykają się granice trzech państw: Polski, Litwy i Rosji (Obwód Kaliningradzki). Jeżeli dobrze pamiętam, to na naszej trasie mieliśmy jeszcze jeden trójstyk granic niedaleko Włodawy, Polski, Białorusi i Ukrainy.
Po drodze mijamy Mosty w Stańczykach. Kolejna atrakcja, którą chciałem zobaczyć i zwiedzić. Lista miejsc, do których chcę wrócić rośnie z każdym kilometrem, ale to chyba dobrze, bo to znaczy tylko jedno. Na wschodzie jest naprawdę pięknie!
Troszkę już podsuszeni dokręcamy do miejscowości Gołdap, gdzie pod Żabką spotykamy Marcina, który kończy już swoje szmanko z kawą i znika za pierwszym zakrętem.
Po jakimś czasie wpadamy na singielka wzdłuż Kanału Mazurskiego, który zaczyna się od jeziora Mamry. Nazwałbym go odcinkiem specjalnym, gdyż po ulewie, która przeszła chwilę wcześniej zrobiło się ciekawie na ścieżce, a dodając do tego śliskie kamienie i korzenie i wąską gravelową oponę można było łatwo zamienić się z oponami miejscem. Po drodze docieramy do śluzy w Leśniewie Górnym, która jest jedną z 10 śluz, jakie miały powstać w systemie Kanału Mazurskiego i jedną z pięciu znajdujących się na terenie Polski. Kanał Mazurski miał zapewnić wodne połączenie Wielkich Jezior Mazurskich z Bałtykiem, poprzez rzekę Łynę i Pregołę. Piotrek - dzięki za lekcję historii, ale pozwolisz, że nie będę zdradzał, co Ty tam w młodzieńczych latach wyprawiałeś, a moment … i tak to powiedziałeś do kamery …
Muszę tutaj zaznaczyć, że organizatorzy czasami postarali się o to, aby trasa przebiegała koło ciekawych miejsc – kolejny punkt na trasie dodany aby do niego wrócić w niedalekiej przyszłości.
Wywiad udzielany przez Piotrka jest krótki, bo zaczyna grzmieć i trzeba ubierać kurtki, aby na parkingu dorwało nas urwanie chmury. Znajdujemy lekkie schronienie, pod jakąś płachtą i czekamy aż przestanie padać. Ku mojemu zdziwieniu Piotrek nie traci czasu i szybko się regeneruje, ucinając sobie drzemkę, ten gość jest niesamowity. Nie znam osoby, która tak szybko potrafi zasypiać, czy jeść na ultra. Szacunek.
Pomimo wyczekiwania pogoda się nie zmienia i postanawiamy ruszać w strugach deszczu. By dosłownie po paru kilometrach zaraz koło jeziora Rydzówka zobaczyć przygotowany przez kogoś posiłek z napisem Wschód 2021 "Doping". Nie wiem od kogo, ale w imieniu wszystkich uczestników mówię WIELKIE DZIĘKUJĘ!
Już o lekkim zmierzchu dokręcamy do Sępopola, w tylnym kole nie mam już kompletnie klocków więc pod sklepem przekładam pozostały klocek z przedniego koła mając nadzieję, że jakoś dojadę używając głównie przedniego hamulca.
Jak już wspomniałem cały dzień lało. Dodając do tego jazdę w terenie doprowadziło to, że przednia lampka się rozszczelnia i dojeżdżając do Bezledów przestaje działać, na szczęście mam zapasową i tak zapakowaną na samym dnie podsiodłówki. Brawo ja…
Powoli zbliżamy się już po ciemku do wspomnianych Bezledów, lecz na próżno szukać tutaj noclegu, zapytani na parkingu lokalsi popijający piweczko, czy nie wiedzą, gdzie można się tutaj zatrzymać oferują nam nocleg u siebie ale szybko rezygnujemy, by w efekcie wylądować pod ścianą kościoła. Szybko zasypiamy by obudzić się o..


Złamana sztyca. Utrata nadzieji. Meta! Dzień 7.

Jeżeli miałbym podsumować cały wyjazd - to ten dzień na mojej liście zająłby mocne 2 miejsce, zaraz po pierwszym dniu. Ale zacznijmy od początku…
Leniwie wstajemy o 3:30, jednak nasze ruchy przyśpiesza delikatny deszcz. Pobudka tak wcześnie, bo zostało nam równe 200 km, a trzyma nas pociąg, który mamy o 23:07. Patrząc na mapę i na przewyższenia można spodziewać się jednego. Będzie srogo i to bardzo.
Przenosimy swoje spanie spod kościelnej ściany na werandę parafii, gdzie znajduje się dach i możemy się spokojnie na sucho spakować.
Ruszamy ze śpiącej jeszcze miejscowości, mijamy ostatnia uliczna lampę, aby zniknąć w mroku zbliżającego się lasu. Ciężko się zebrać rano na rower mając perspektywę jazdy w deszczu, przy 9 stopniach, będąc mokrym po kilkuset metrach.
Leniwie toczymy się przez skoszone pole pszenicy, przy naszych lampkach nie widać jego końca. Track wyprowadza nas na prywatna posesję, by po chwili znowu wpaść na leśne ścieżki. Piotrek dostaje turbo, bo poczuł się jak na MTB. Podjazdy i zjazdy pokonuje z niesamowitą łatwością, by po chwili z nieznanych mi przyczyn cisnąć rowerem w krzaki niczym zapałką. Słyszę tylko soczyste KU..A!
Podjeżdżam i sprawdzam przerzutki i opony, ale nic nie widzę. Pytam się co się stało. Piotrek odpowiada, ale nie rozumiem. Dopytuje jeszcze dwa razy, by w końcu usłyszeć, że złamała mu się sztyca karbonowa na styku z ramą roweru. Jednym słowem koniec jazdy.
Słyszę od niego z załamanym i zrezygnowanym głosie.
- No nic, Seba leć do mety…
Szybko jednak zaczynamy kombinować, co tu zaradzić. Po chwili część bagażu z podsiodłówki Piotrka ląduje w plecaku na zakupy a reszta w mojej sakwie.
Wkładamy końcówkę sztycy do ramy. Trzyma się.
Piotrek wygląda jak na BMX’ie. Wewnętrznie śmieję się z tej całej sytuacji lecz kręcimy dalej, ktoś ewidentnie czuwa nad nami.
Po drodze padają pomysły, jak temu zaradzić. Do najbliższego sklepu rowerowego jest jakieś 80 km. Może odkupimy od jakiegoś lokalsa całe siodełko…
Po drodze widzimy pierwszy napotkany rower, podchodzimy przymierzamy, ale się nie nada. Okazuje ze zatrzymaliśmy się koło sklepu. Piotrek zaczyna kombinować, aby rurkę z lemondki użyć jako sztycy, oklejających ja silver tejpem, ja idę po zakupy.
Właściciel sklepu widząc gościa w kasku już wie, o co chodzi, bo od trzech dni wpadają do niego ultrasi i wykupili wszystkie Snickers’y, banany. Mówi ze już nie daleko i już dużo przejechaliśmy.
Odpowiadam, że się zgadza, ale mamy awarie i nie wiadomo, czy dojedziemy na metę.
Właściciel sklepu szybko wyskakuje z za lady sklepu, aby zrobić oględziny. Znika na chwilę, aby pojawić się znów z 1.5 metrową rurą od ogrzewania domowego. Pasuje idealnie do sztycy, ale za wąska do ramy roweru. Na to też ma sposób i znajduje rurkę PCV, która idealnie psuje do wspomnianej rurki PCV. Szlifujemy ją tak aby pasowała do ramy roweru, kleimy taśmą, aby siodełko nie goniło na lewo i prawo.
Siedzi idealnie! Ruszamy dalej, nadzieja na metę wraca!
Dojeżdżając do Fromborku, słyszymy kolejny raz nieprzyjemny trzask. Rurka, która weszła do sztycy karbonowej kolejny raz uszkadza sztycę. Niestety okazuje się, że w Fromborku nie ma żadnego sklepu rowerowego, a jedyna wypożyczalni rowerowa jest nieczynna.
Z braku innych możliwości wzmacniamy sztyce kluczami z multitoola oraz trytytkami. Wygląda na to, że się trzyma. Do mety zostało już tylko 100 km. Przez koleje kilometry, trasa jest w miarę łagodna dla naszej konstrukcji, aby ostatecznie dotrzymać do mety!
Niesamowicie zmęczeni, dostajemy medale.
Dla mnie, był to niesamowity sprawdzian i kolejne niesamowite doświadczenie.
Osobiście chciałbym BARDZO podziękować Piotrkowi za to, że mnie holował od trzeciego dnia, dla mnie była to nieoceniona pomoc. Nie wiem, czy bez niego ukończyłbym to ultra.
PIOTREK DZIĘKUJĘ!



Relacja Maćka
Chyba od Mdudi dowiedziałem się o Wschodzie 1400. Później szybkie zapisy i jeszcze kosztowniejsze zakupy (torby, części, akcesoria, etc.), które trwały do ostatnich chwil. A i tak w ostatnim momencie musiałem zmienić rower. I w sumie nie żałuję, góralem też się dało sprawnie jechać po założeniu węższych, przełajowych opon (40C). Przynajmniej obyło się u mnie bez gum, choć z zerwanym na ok. 30 km (i źle założonym, jak okazało się w Zamościu po 300 km) łańcuchem. No i ciężko wypinającym się pedałem, który był winien dwóch z trzech gleb. Chłopakom też lekko nie było: Azar zaliczył na samym początku gumę, a potem rozwalił dodatkowo buta i karbonową sztycę. Quin za to nadrabiał w klasyfikacji gum, bo aż pięć razy musiał ściągać oponę z koła.

Start zaczął się od chaosu, bo nie mogłem znaleźć GPS-a do nawigacji; Abdule o mało nie odjechali z naszymi kaskami w aucie, a szybkozłączkę do zegarka znalazłem po dwóch dniach jazdy. Na szczęście, jak się już ruszyło, to już poszło. I szło, a właściwie jechało aż do Gdańska. Asfaltami, błotami, łąkami, krzakami, piachami, tarką (coś na kształt riplemarków) i kocimi łbami. O betonowych płytach różnych formatów nie zapominając: sześciokątne, ażurowe, dwumetrowe czy zwykłe kwadraty półmetrowe. A wszystkie łączyło to, że na ich połączeniu telepało, a amor był nieczuły na ich wdzięki i dźwięki. Normalnie narcyz, nie amor.

Przez pierwsze dwa dni jechaliśmy mniej więcej w trójkę, tj. gromadząc się pod sklepami i na nocleg. Trzeciego dnia pognałem samotnie na prom, bo dawał jeszcze szansę na 2-3h dalszej jazdy. I tak to nas Bug rozdzielił już ostatecznie. Później już różnica między nami powiększała się, by ostatecznie na mecie wynieść 7h22m. Trochę w tym szczęścia i przypadku, bo w czwartek (za wyjątkiem rana) i piątek udawało mi się uciekać przed intensywnymi opadami i awariami. A chłopaki, po dżentelmeńsku, nie wykorzystali mojego środowego skrócenia dnia (tylko 189 km i do 18:30 + zakupy) koniecznego na regenerację i też przestali kręcić wcześniej. A może to początek deszczu...
W czwartek rano zaczęliśmy oddaleni od siebie o jakieś 50 km i od mety odpowiednio 350 i 400 km. Ja poleciałem z myślą, by dojechać jak najbliżej Gdańska i położyć się tylko gdzieś na 2-3h. Po 240 km ataku zasnąłem na ławce w MOR przed Fromborkiem i na następny dzień zostało mi tylko 107 km. Chłopaki zalegli pod kościołem w Bezledach, mniej więcej w połowie dystansu do mety. Może to i dobrze, bo 30-sto kilometrowy odcinek za Bezledami był chyba jednym z najgorszym do jazdy (a może to tylko zmęczenie). Jeden z mijających mnie zawodników określił ten odcinek jako „mokry sen Pachulskich”.

To, co mnie zaintrygowało na tej trasie najbardziej to zmieniający się charakter dróg innych niż asfalt (w szczególności tras rowerowych). W Bieszczadach i na Pogórzu były to szutry i błota. Na Roztoczu i południowym Podlasiu dominowały piachy. Później znów przyjemne szutry, by na Mazurach przejść w kocie łby. A następnie wzdłuż plaż betonowe płyty. I szok, gdy w Gdańsku po ponad 1400 km ograniczonych kontaktów z tłumem natrafiło się na mur z ludzi. I to gorszy niż na Krupówkach w Sylwestra. Generalnie nawet zawrócić się nie dało. Normalnie jakby rzucili karpie przed świętami.

A potem upragniona meta po 147h i 22 minutach (61/172 ukończonych w open i 59/157 ukończonych w open M). Chłopaki dojechali po 154 godzinach i 59 minutach zajmując odpowiednio 77-78 w open i 73-74 w open M. Zapisanych było koło 400. Ilu wystartowało nie wiem, z pewnością ponad 200. Na liście jest 25 DNF-ów.

Dystansowo i godzinowo u mnie to wyglądało następująco:
Dwernik (07:55) -> 187 km, +2886 m -> 21:33 Korczowa (nocleg w ogrodzie pod gołym niebem)
05:48 - >216 km, +1810 m -> 21:50 Okszów (weranda przed domem, zadaszona i z dostępem do sanitariatów)
05:56 -> 249 km, +725 m -> 20:15 Czeremcha (kwatera)
05:36 -> 248 km, +1130 m -> 21:48 na trawie w szczerym polu za Osmołowszczyzną
05:23 -> 182 km, +1384 m-> 19:00 Gołdap (kwatera)
06:12 -> 239 km, +1253 m -> 23:43 MOR Rzeka przed Fromborkiem
04:10 -> 107 km, +311 m -> 11:22 Gdańsk

Wg GPS z kierownicy:
dystans: 1448 km
czas w ruchu: 81:26 h
czas postoju: 16:29 h (GPS włączony, np. pod sklepem czy szybki posiłek. Na nocleg wyłączony)
średnia prędkość ruchu: 17.8 km/h
średnia prędkość: 14.8 km/h

Autor relacji:

qiun


Uczestnicy:

azari
Piotr Idzi
Gleby: 1 Gumy: 1
Maciek
Maciek D.
Gleby: 3
qiun
Sebastian Tekieli
Gleby: 1 Gumy: 5

Zdjęcia:

Tagi:

wschód Gravel

Komentarze:

Maciek
Maciek D.
10:43 30.08.2021
To był mocno awaryjny wyjazd: 6 gum, zerwany łańcuch, rozwalony but, złamana sztyca...
O zdrowiu nie mówię....
LKRISS
23:47 7.09.2021
Świetny opis, fajnie poczytać co się działo z przodu stawki :)
azari
Piotr Idzi
20:57 10.09.2021
Ten "przód" stawki to mocno na wyrost ;)
KROPKA 17
18:57 28.10.2021
Panowie. Super było Was spotkać w trasie. Jedziecie za rok w drugą stronę? Sławek
KROPKA 17
18:57 28.10.2021
Panowie. Super było Was spotkać w trasie. Jedziecie za rok w drugą stronę? Sławek
azari
Piotr Idzi
19:23 21.11.2021
Dzięki, wzajemnie :) Na razie nie ma planów na powrotną trasę. Za dużo tych pomysłów, za mało czasu ;)

Dodaj komentarz: